Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jednoparty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jednoparty. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2013

OS - Wszystko czego potrzebujesz to miłość

                Pewnego wakacyjnego dnia uśmiechnięta szatynka szła alejkami parku. Na jej śliczną twarz padały ciepłe promienie słońca, a raz po raz delikatny wiatr rozwiewał jej włosy.
                Siedzący w cieniu na ławce Leon zauważył ją - zahipnotyzowało go jej piękno.
Chciał się przywitać, poznać nieznajomą, lecz z jego otwartych ust nie mógł wydobyć się żaden dźwięk. Po prostu się bał.
                 - Mogę się dosiąść? - zapytała chłopaka melodyjnym głosem i odgarnęła włosy z ramienia. "Śliczne ma oczy" - przemknęło jej przez głowę, lecz po chwili starała się odrzucić tą myśl. Nawet go nie zna.
Chłopak nadal zapatrzony w dziewczynę nie odzywał się, dopiero po jakimś czasie dotarło do niego co się dzieje.
                - Tak, pewnie… - odpowiedział.
                "Boże, jaka ona piękna" - pomyślał, ale po chwili zrozumiał, że nie ma nawet szans u niej jako przyjaciel.
                - Dziękuję - uśmiechnęła się uroczo i usiadła obok chłopaka wpatrując się w błękitne niebo. Spojrzała na chłopaka. - Nawet się nie przedstawiłam, jak zwykle zaczynam znajomości od tej złej strony - zaśmiała się. - Jestem Violetta, a ty?
                - Ja… Jestem Leon - odpowiedział myśląc o jej pięknym uśmiechu.
                "Leon idioto o czym ty myślisz! Opanuj się" - skarcił się w myślach.
                -No ale jak mogę o tym nie myśleć! - powiedział na tyle głośno, by Violetta to usłyszała.
                " Tylko nie to… Powiedziałem to na głos"- załamał się.
                - O czym? - zapytała zdziwiona. - Jeśli nie chcesz mówić, to nie musisz, przecież nie będę się wtrącać w twoje sprawy, ale może jakoś pomogę - uśmiechnęła się ciepło i położyła dłoń na jego ramieniu.
                - Nic...Kłócę się sam ze sobą. Nie przejmuj się mną opowiedz trochę o sobie.
                Okłamał ją. Przecież nie mógł powiedzieć jej prosto w oczy "Jesteś śliczna chcesz być moją dziewczyną mimo, że się nie znamy?" To nie ma sensu…
                - Okey… - odpowiedziała niepewnie. - A co chcesz wiedzieć? Bo nie wiem od czego zacząć - zaśmiała się a na jej policzkach pojawiły się urocze, różowe rumieńce. - Ale i tak ci wszystkiego nie powiem, bo będziesz się śmiał. A i jeszcze jedno. Jak ja skończę, to ty coś o sobie opowiesz. Czasu mam dużo, o to się nie martw - ponownie się zaśmiała i spojrzała na szatyna.
                - Zacznij od początku - powiedział zaciekawiony.
                "Będę się śmiać, jasne. To nie ty chciałaś w dzieciństwie być jednorożcem" - dokończył w myślach i mimowolnie się uśmiechnął.
                Spojrzał jej w oczy, następnie na piękne rumieńce, skończywszy na ustach pomalowanych czerwoną szminką - była piękna, nic dodać nic ująć.
                - No więc, jak się urodziłam to miałam trzy i pół kilograma… Nie no, żartuję teraz, ale kazałeś od początku - zaśmiała się słodko. - Od bardzo dawna, w sumie od dzieciństwa uwielbiam śpiewać i tańczyć. I jednorożce też lubię, ale to nie jest ważne. Co by tu dalej… Moi rodzice mają mnie gdzieś, ale to nawet dobrze, robię co kocham i nie wysłuchuję żadnych zakazów, typu "Zostaw to, popsujesz!" - naśladowała głos swojej matki, a po chwili oboje wybuchnęli śmiechem. Znali się od kilku minut, a już czuli się jak przyjaciele z dzieciństwa.
                - Lubisz jednorożce… - powiedział z zaciekawieniem zapominając o tym, że dziewczyna ma takie same zainteresowania jak on - śpiew i taniec.Po chwili do niego dotarło. - Śpiewasz i tańczysz?! - Prawie krzyknął z wrażenia,a dziewczyna zrobiła przestraszoną minę.
                 - No tak… A co, to coś złego? - "Co, już zawaliłam? Fajnie… Po prostu świetnie…" - pomyślała i spojrzała na niego zrezygnowana. Próbowała doszukać się odpowiedzi w jego oczach, jednak na marne.
                -Nie,nie! Ależ skąd to świetnie! - powiedział uradowany. W jego oczach dało się odczytać szczęście jakim był cały przepełniony. - Zaśpiewaj mi coś, proszę - powiedział z miną zbitego psa.
                "No teraz, dawaj! Zaśpiewaj jej coś, oczaruj ją. Przecież jest tak blisko" - Chciał posłuchać swej myśli, ale zrezygnował w ostatniej chwili.
                - Em, okey - szepnęła i chwilę rozmyślała nad piosenką.

Libre soy, libre soy
No puedo ocultarlo más

Libre soy, libre soy

Libertad sin vuelta atras

Y firme así me quedo aquí
Libre soy, libre soy
El frio es parte tambien de mi…

                - I jak?… - zapytała niepewnie czekając na odpowiedź chłopaka. - Bo wiesz, ja nie uważam żebym śpiewała nie wiadomo jak ładnie, ale chyba nie jest najgorzej? A tekst jak ci się podoba? Napisałam ją wczoraj… - ostatnie słowa powiedziała najciszej jak potrafiła, lecz on i tak je usłyszał.
                -Śpiewasz ślicznie, a tekst jest bardzo dobry - powiedział bez zastanowienia.
                "Jeśli mam coś dla niej znaczyć to to jest jedyna szansa" - pomyślał z nadzieją Leon. - "Nie, o czym ja myślę. Verdas ty podrywaczu, nie możesz! Ale… Muszę to zrobić! Zaśpiewam jej Podemos i wszystko będzie jasne…" 
                Chłopak zaczął śpiewać bez żadnego przemyślenia:

Podemos pintar, colores al alma,
Podemos gritar iee eê

Podemos volar, si tener alas.

Ser la letra en mi canción

Y tallarme en tu voz…

                Po zakończeniu piosenki, odległość pomiędzy Leonem a Violettą stała się niebezpiecznie mała. Żadne z nich nie wiedziało co robić. Po chwili zastanowienia zmniejszyli tą odległość. Mimo, że znali się tak krótko - to im wystarczyło, czuli się jak znali się od zawsze. Świetnie im się ze sobą rozmawiało, byli szczęśliwi w swoim towarzystwie. On czuł się przy niej wyjątkowo, a ona - bezpiecznie.

I tak oto kończy się ta dziwna, lecz wspaniała historia.










Taki krótki one shot pisany wczoraj na gg z Zosiyą ;D
Może się wydawać lekko dziwny, ale mi tam się podoba ;D
Gif i tytuł... Według mnie pasują tak pół na pół ale to pierwsze co mi przyszło do głowy xD
Dostałam jakiegoś kopa od weny, gdy to pisałam xD
Będę dobra dla was i dziś/jutro dodam rozdział ;D Takie tam na nowy rok x3
A teraz życzonka xD : Wszystkiego naj naj naj w nowym roku, spełnienia marzeń, dobrych ocen (jezu... co ja xD), wielu przyjaciół, kasy, słodyczy i czego tam jeszcze chcecie ;D
To tyle xD
P.S. Macie już jakieś postanowienia noworoczne? Ja mam kilkanaście i znając życie nic z tego nie wyjdzie xD

czwartek, 28 listopada 2013

OS - "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą"

Z jej oczu strumykiem płynęły łzy. Nie mogła nadal uwierzyć w diagnozę. To nie mogła być prawda, to nie ona. Miała zaledwie siedemnaście lat, gdy się o tym dowiedziała. Na białej kartce pisało wyraźnie ,, Wynik pozytywny". Nowotwór ją dopadł. Lekarze dawali jej miesiąc życia, ostatnie kilkadziesiąt dni w których mogła nacieszyć się darem danym od Boga.
Siedziała na kanapie, opatulona w różowy koc. Łkała niemiłosiernie, dławiła się swymi słonymi łzami. Natalia Navarro, dotąd silna i niezależna dziewczyna, teraz ktoś zupełnie inny. Co chwile spoglądała na kartkę, która była wyrokiem jej śmierci. Była sama, zupełnie sama. Rodzice siedzieli na górze, nie potrafili spojrzeć nastolatce w oczy. A Lena, nadal starała się z tym uporać, w samotności. Za kilka tygodni miała stracić wszystko, rodzinę, przyjaciół i ukochanego. Już nigdy nie będzie mogła zaśpiewać swych ukochanych piosenek. Muzyka przestanie dla niej istnieć.
Dlaczego ona?
Co chwilę zadawała sobie to pytanie. Jednak odpowiedź przychodziła szybko. Tak chciał Bóg, chciał ją zabrać do siebie. Jeśli przyjaciele ją kochają, to dadzą jej odejść. Gdyż miłość jest zaprzeczeniem egoizmu, zaborczości, jest skierowaniem się ku dru­giej oso­bie, jest prag­nieniem prze­de wszys­tkim jej szczęścia, cza­sem wbrew własnemu. Tylko, że przecież jej śmierć nie da jej szczęścia.
Dziewczyna pozbierała się. Otarła łzy i spojrzała walecznym wzrokiem w zdjęcie jej przyjaciół. jedynym sposobem, by nie cierpieli, jest nie mówienie im.

Maxi nie świadomy był co teraz przeżywa jego ukochana. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Codziennie się spotykali, codziennie całował jej suche usta. Jednak coś było nie tak. Zmieniła się. Stała się pewniejsza siebie, każdą wolną chwilę spędzała w gronie znajomych, nigdy nie chciała być sama. Otaczała go taką miłością, jaką nikt go nigdy nie otaczał. Cieszyła się z najmniejszego drobiazgu. Zauważał piękno w najmniejszym jesiennym listku. Każda kropla deszczy, była według niej darem od Boga. Codziennie się jej pytał, co było powodem jej zmiany, ona codziennie odpowiadała to samo:
Maxi, życie trwa tak krótko i należy się z niego cieszyć. Dlatego spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. - Nie wiedział jednak, że ona też niedługo odejdzie...

 Dni mijały, a jej ciało powoli traciło blask. Koniec się zbliżał, ona idealnie o tym wiedziała. Powoli wpadała w depresje na myśl, że to tylko tydzień. Codziennie wylewała wiele łez w poduszkę. Przed przyjaciółmi starała się udawać szczęśliwą i radosną. Mimo, że to były same kłamstwa. Codziennie zadawała sobie nową porcje pytań. Czy wszys­tko po­zos­ta­nie tak sa­mo, kiedy mnie już nie będzie? Czy książki od­wykną od do­tyku moich rąk, czy suk­nie za­pomną o za­pachu mo­jego ciała? A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dzi­wić się mo­jej śmier­ci. Jej bacie zawsze tak mawiała:
Gdy masz siedem­naście lat, śmierć wy­daje ci się gwiazdą od­ległą o ty­le lat świet­lnych, że na­wet przez potężny te­les­kop led­wie ją wi­dać. Jednak dla niej śmierć była niczym spadająca kometa. Zbliżała się z prędkością światła. Paulo Coelho mawiał:
Umiera się na wiele spo­sobów: z miłości, z tęskno­ty, z roz­paczy, ze zmęcze­nia, z nudów, ze strachu... Umiera się nie dla­tego, by przes­tać żyć, lecz po to, by żyć inaczej. Kiedy świat za­cieśnia się do roz­miaru pułap­ki, śmierć zda­je się być je­dynym ra­tun­kiem, os­tatnią kartą, na którą sta­wia się włas­ne życie.  Tylko, że ona nie chciała umierać, chciała zostać z Nim.
 Nie mogła pogodzić się z tym, że nigdy nie zaśpiewa, nie zaśmieje się, nie dotknie ust swej prawdziwej miłości. Właśnie Maxi... Z jego straty dziewczyna najbardziej cierpiała. Był jej jedyną i prawdziwą miłością. Potrzebowała go jak tlenu, jak kwiatek wody. Nie chciała by cierpiał, tak samo jak ona. Nie wybaczyła by sobie, gdyby on przez nią zmarnował życie. Jej dusza nie zaznała, by spokoju. Kochała jego bujne włosy, opuszki jego palców, jego ręce którymi prowadził ją przez świat, nosek którymi dotykali się po pocałunku, poliki które zawsze całowała na pożegnanie. To wszystko miała stracić...

Nadszedł ten dzień. Brunet niczego nieświadomy siedział w domu i komponował piosenkę dla Natalii. Chciał zaśpiewać ją w dzień jej urodzin, które miały odbyć się za tydzień. Chciał, by spędzili je wspólnie, tylko ona i on. Miał już zaplanowaną całą randkę. Kochał tą drobną brunetkę. Chciał z nią spędzić resztę życia. Chciał z nią stanąć na ślubnym kobiercu. Chciał z nią żyć i umierać. A może, nie było im to dane.
 Po chwili rozległ się dźwięk jego komórki, dostał wiadomość od Leny:

                                    Naty jest w szpitalu. Ona umiera.

Telefon wypadł mu z rąk.

Patrzył na jej prawie martwe oczy. Widział w nich nie tylko łzy, ale strach on też się bał. Gdyby tylko wiedział, był by przy niej ciągle i nie zostawił by ją samej. Z każdą minutą trzymał jej słabiutką rączkę coraz mocniej. Kochał ją za bardzo i nie potrafił jej stracić. Była dla niego całym światem, jeśli ona zniknie, przepadnie też sens jakiegokolwiek życia.
- Maxi, przepraszam... - Szepnęła, ale chłopak jej przerwał przykładając palec do jej  suchych ust. Nie ukrywał łez, wszyscy płakali.
- Nie masz za co przepraszać, nie mogłaś tego przewidzieć - Rzekł do niej dławiąc się słoną cieczom, spływającą po jego polikach. Nie miał już sił mówić, w jego gardle utknęłam ogromna gula. Czemu śmierć przyszła do niej tak szybko? Mieli tyle wspólnych planów. Chcieli przez życie iść razem, jednak nie mogli uniknąć losu. Tak chciał Bóg.
- Kocham Cię, byłeś, jesteś i zawsze będziesz moją prawdziwą miłością. Ale pamiętaj, że jeśli również mnie kochasz, daj mi odejść. Nie płacz za mną długo, naciesz się życiem, bo tak szybko je tracimy. Znajdź osobę, która będzie kochać Cię  równie mocno jak ja. Pamiętaj ja zawsze będę patrzeć na Ciebie tam z góry. Pamiętaj o mnie i o naszej miłości. I pocałuj mnie ostatni raz, ostatni raz przytul moje ledwo bijące serce - Dodała ostatnimi resztkami sił. On pod koniec musnął delikatnie jej zimne usta i szepnął do jej ucha ,, Zawsze razem, mimo to". Ostatni raz objął ją silnym ramieniem, dziewczyna moczyła mu łzami koszulkę. Chciał by ta chwila trwał wiecznie, by czas stanął w miejscu. Nie było jednak dane im się długo sobą nacieszyć. Z jej ciało uleciało wszelkie życie. Serce przestało bić na zawsze. Chłopak po raz ostatni złapał ją za martwe ręce i zaczął płakać jak niemowlę. Stracił to co dla niego najważniejsze. Właśnie w tej chwili poszerzyły się grona aniołów.

  Maxi Ponte przemierzał cmentarz w poszukiwaniu tego jedynego nagrobka. Świat był szary, każdy dzień był cierpieniem bez niej. Był dzień 11 listopada. Urodziny jego jedynej miłości, Natalii. Obiecał sobie, że po jej śmierci jakoś pozbiera sobie życie. Starał się zapomnieć, ale się to mu nie udawało. Codzienni widział ją w swych snach. Czuł, że gdzieś tam ona jest i chroni go. Starał się być silny, ale od razu jak doszedł do jej grobu i ujrzał zdjęcie swej ukochane, zalał się łzami. Złożył ręce do modlitwy i spojrzał w niebo.
- Widzisz, a mówiłem Ci że spędzimy ten dzień razem...

~LuLu Comello

OS - Axi Verdas

*Martina*

Kolejny dzień na planie serialu. Tyle, że tym razem towarzyszył mi stres. Wielki stres, który wywołany był pocałunkiem z Jorge. Tak, dzisiaj gramy te scenę, a ja kompletnie nie wiem, co mam robić. Miałam wrażenie, że zaraz coś mnie rozsadzi.
Jak co rano wstałam o 7:00 i powolnym krokiem zawlokłam swe zaspane ciało do łazienki. Wyszłam po kilku minutach i weszłam do garderoby w celu wybrania stroju. Stanęłam na środku wielkiego pomieszczenia i zaczęłam przeglądać wieszaki. W końcu zdecydowałam się na miętową koszulę bez rękawów i liliowe dżinsy. Zrobiłam szybki makijaż i byłam gotowa.
Na plan zawoził mnie brat taty - Sam. Zawsze podczas drogi gadaliśmy, aż nas szczęki bolały, jednak dzisiaj panowała niezręczna cisza.
- Coś nie tak? - zapytał w końcu wujek marszcząc brwi.
- Nie, wszystko okej. - odparłam i zaczęłam trzeć dłońmi o spodnie.
- Przecież widzę. Mów, o co chodzi.
- Jorge. - wydukałam drżącym głosem.
- A no fakt. Dzisiaj scena z całowaniem. - oznajmił i zaśmiał się.
- Mnie to nie śmieszy. Strasznie się boję. - stwierdziłam patrząc na niego.
- Nie ma czego. Wszystko będzie okej. - odparł, a ja tylko wydukałam pod nosem niezrozumiałe "jasne" i wyskoczyłam z auta kierując się ku wejściu.

*Jorge*

Zestresowany chodziłem po całym planie. W te i z powrotem, w te i z powrotem. Aż wszyscy mieli mnie dosyć. Nawet moja dziewczyna.
- Jorge, uspokój się wreszcie! - Stephie podeszła do mnie i płożyła swoją dłoń na moim ramieniu.
- Nie mogę! Nie wiem dlaczego, ale nie mogę. - spuściłem głowę i pokręciłem nią lekko. - Nie codziennie całujesz się z przyjaciółką.
- Tak wiem, ale... - zaczęła, jednak przerwał jej reżyser.
- Zaczynamy! Proszę na swoje miejsca!
Ustawiłem się w wyznaczonym polu obok Martiny.
- Okej? - zapytałem się szeptem Tini stojącej obok mnie. Na kilometr widać było nerwy, które nią targały. Z resztą ze mną było tak samo.
- Jakoś się trzymam jeśli o to chodzi. - odpowiedziała również bardzo cicho. Tylko ja miałem szanse ją usłyszeć.
Czekaliśmy jeszcze chwilę i zaczęliśmy grać. Cały zestresowany. Boże, jeszcze nigdy moje myśli nie były tak porozwalane. Doszło do tego, że kawałek z dojściem do ławki zaczynaliśmy 25 razy, dopóki udało nam się na niej usiąść. Wszystko minęło, kiedy spojrzałem jej w oczy. Ten kakaowy blask, jeśli mogę to tak ująć, urzekł mnie.
- Zamknij oczy. - powiedziałem nie do końca pewien, czy jest to w mojej kwestii, czy lecę na spontana.
- Leon. - mruknęła Tini przekręcając głowę na bok. Wyglądała tak uroczo. Zaraz, zaraz! Co ja gadam?? Przecież mam dziewczynę. Ale ona jest taka śliczna. W końcu urok Martiny wziął nade mną górę.
- Zaufaj mi i zamknij oczy. - powiedziałem łapiąc ją za dłonie, aż po moim ciele przeszedł dreszcz podekscytowania.
Tini zamknęła oczy uśmiechając się, a ja zacząłem wymawiać swoją kwestię:
- A teraz pomyśl sobie o najbardziej romantycznym miejscu jakie może być. - brunetka spojrzała na mnie spod przymrużonych oczu marszcząc czoło. - Proszę Cię. Wyobraź je sobie, dobrze? - dodałem dotykając jej ramienia.
- Dobrze, okej. - wypowiedziała z powrotem zamykając oczy.
- Pomyśl, że to miejsce idealne i gra idealna muzyka. A teraz brakuje już tylko jednego. - ostatnie zdanie wypowiedziałem niepewnie. Możliwe nawet, że głos mi zadrżał.
- Czego? - zapytała uroczo. Wydawała się być taka wyluzowana.
Wziąłem głęboki oddech, położyłem dłoń na jej policzku przybliżając się i złączyłem nasze usta w delikatnym pocałunku. Wszystko straciło sens. Liczyła się tylko ona i ja, ja i ona. Nic więcej.
Reżyser coś tam powiedział, ale my nie słuchaliśmy. Nie miałem zamiaru przerywać tej sceny. To było zbyt piękne.
- Halo! Możecie już skończyć! - krzyknął Facundo do mojego ucha. - Nie kręcą!
Odskoczyłem od Tini jak oparzony. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, co się tak naprawdę stało. Uświadomiłem sobie, że jest dla mnie ważna.

*Martina* 

To było takie niesamowite. Uczucie... czy jakby to ująć. Już sama nie wiem. Zakochałam się w nim? Nieee... Bosz, sarkazm w myślach nie brzmi dobrze.
- Coś zaiskrzyło? - pisnęła Lodo z Mechi zachodząc mnie od tyłu.
Podskoczyłam przerażona upuszczając telefon. Podniosłam go szybko trzęsącymi się dłońmi i spojrzałam na dziewczyny. Wiedziałam, ze na twarzy mam wyrysowany napis: "zdenerwowanie!"
- Nie, skąd! - powiedziałam piskliwym głosem czerwona jak burak. Poliki na serio mnie paliły.
- Jaaasne. Już Ci wierzę. - powiedziała sarkastycznie Mechi.
- No okej. Może troszkę. - przyznałam się wreszcie.
- Aaaa!! Opowiesz nam wszystko! Dzisiaj wieczorem u mnie! - krzyknęła Lodo podekscytowana.
Do końca dnia ani ja, ani Jorge nie mogliśmy się skupić. Sceny nagrywaliśmy po trzydzieści razy i i tak nic z tego nie wychodziło. W końcu zrezygnowana i wycieńczona wróciłam do domu.

*u Lodo*

- No to opowiadaj kochana! Jak to się zaczęło? - pytały jedna przez drugą moje przyjaciółki.
Spuściłam głowę i zaczerwieniłam się. To chyba normalne, że ciężko jest mi o tym gadać, co nie? W końcu zabujałam się w przyjacielu, który był zajęty od dobrych czterech lat! Paranoja normalnie.
- Nie zaczęło. - palnęłam jak głupia.
- Co? Nie rozumiem. - szepnęła Mechi pod nosem.
- No po prostu. Usiedliśmy na tej ławce, spojrzał mi w oczy i... i wtedy coś we mnie pękło. Gdy złączył nasze usta poczułam takie mega przyjemne ciepło rozchodzące się po całym moim ciele. I wszystko straciło znaczenie. Liczył się tylko on. - zaczęłam gadać jak w transie.
- Wow! Na serio Cię trafiło. - stwierdziła Lodo z szeroko otwartymi oczami.
- Jak widać. - mruknęłam zrezygnowana. - Ale ja nie mam u niego szans. Nie dość, że jest zajęty, to jeszcze ta różnica wieku. No bo w końcu to sześć lat. Z resztą taki chłopak nie umówi się z kimś takim jak ja.
- Nawet tak nie mów! Stephie nie jest dla niego. Nawet nie wiesz ile osób na całym świecie hejtuje ich związek, a popiera wasz. - Cande gadała jak nakręcona.
Myślałam o tym przez całą noc. To co się wydarzyło.... było niesamowite. Ale chyba lepiej dla wszystkich byłoby, gdybym nigdy go nie spotkała. Nie zakochała się. W końcu ze łzami w oczach zasnęłam

*Następnego dnia - Jorge* 

Całą noc nie mogłem spać. Po głowie chodziła mi Tini. Roześmiana, ze mną u boku. Razem, na plaży, przy zachodzie słońca. Całujący się. Obejmujący. Uwierzyłem w to wszystko do tego stopnia, ze kiedy dotarło do mnie, iż to tylko głupie wymysły, z moich oczu poleciało kilka słonych łez. Przecież taka dziewczyna nie umówi się z kimś takim jak ja. Sześć lat starszym wariatem. Na dodatek mam dziewczynę! Nie, muszę skończyć ten związek. To przecież nie ma sensu! Już jej nie kocham, więc po co mam ją zwodzić?
Zwlokłem się z łóżka i powolnym krokiem doszedłem do łazienki. Dzisiaj sesja zdjęciowa i wywiad. Aż miałem dość na samą myśl. Jednak Tini. Zobaczę ją! Okej, basta! To już się robi chore.
Szybko wykonałem poranne czynności. Ubrany w fioletową koszulę i szare dżinsy zeszedłem na dół. W salonie siedziała Stephie.
- Musimy pogadać. - rzuciłem siadając obok niej.
- O co chodzi? - spytała głupio na mnie patrząc.
- Nie zrozum mnie źle. - powiedziałem łapiąc jej dłonie. - Ja po prostu... to znaczy... spokojnie. - ostatnie słowo wypowiedziałem szeptem, tylko do siebie. Wziąłem głęboki wdech i ponownie zacząłem. - Stephie, ja już nie czuję do Ciebie tego co kiedyś. Zakochałem się. W kimś innym.
- To znaczy, żżże zzz nammi konnniec? - zapytała drżącym głosem.
Ja tylko przytaknąłem, a z jej oczu poleciały łzy. Wyrwała dłonie z mojego uścisku i wybiegła trzaskając drzwiami.
Tsa... pięknie Jorge. Zraniłeś ją! Ale inaczej się nie dało! Później byłoby tylko gorzej.
Zrezygnowany wyszedłem z domu i udałem się pod studio telewizyjne.

*na miejscu*

Pierwsza była sesja zdjęciowa. Ubrali mnie w jakieś ciuchy i wygonili na dwór. Kiedy zobaczyłem Tini zaniemówiłem. Dosłownie. Myślałem, ze zaraz zejdę! Niebieskie końcówki jej długich włosów delikatnie opadały na piersi, białe kwiaty we włosach dodawały uroku.
 - Jorge! Rusz tyłek! - krzyknął fotograf i popchnął mnie w stronę dziewczyny. Niesamowicie pięknej dziewczyny.
Zrobiliśmy kilkadziesiąt zdjęć i ruszyliśmy na wywiad. Obeszło się bez zbędnych pytań. Rozmawiało nam się miło, ale do czasu.
- Jorge, może przytulisz Martinę? Fani z pewnością byliby wniebowzięci. - zaproponowała reporterka.
Spojrzałem na nią z wyrzutem. Jednak po chwili zadowolony, że mam wymówkę, by to zrobić, objąłem ją. Ona wtuliła się we mnie aż uderzył mnie jej słodki zapach. Truskawki. To było to.
Nie wiem dlaczego poczułem przypływ odwagi. Dosłownie mnie napadło.
- Mógłbym coś powiedzieć? - palnąłem nie z tego ni z owego.
- Jasne. - stwierdziła blondynka oddając mi głos.
Wstałem i odwróciłem się przodem do kamery. "Teraz albo nigdy" - dodałem sobie odwagi w myślach i zacząłem gadać:
- Informuję, że mój związek ze Stephie rozpadł się. Z mojej winy. Dlaczego? Bo się zakochałem. Tak, inna dziewczyna skradła moje serce. Jest piękna, utalentowana, gdy ją słyszę czuję ciarki... - mówiąc dalej odwróciłem się w stronę Tini i spojrzałem jej w oczy. - ... śnię i myślę o niej nocami i dniami, jej widok zawsze mnie powala i czuję wtedy takie ciepło rozchodzące się po całym ciele, kiedy ona jest szczęśliwa, ja też odczuwam radość. Przepięknie się rumieni. - dodałem widząc jej różowe policzki. Ona tylko uśmiechnęła się. - Tą dziewczyną jest siedząca tutaj Martina Stoessel. I mam pytanie. Zostaniesz moją dziewczyną?

*Martina*

Czy ja się nie przesłyszałam? Jorge zerwał ze Stephie i prosi mnie o chodzenie? To przecież niemożliwe.
- Tak! - krzyknęłam w końcu i rzuciłam się mu na szyję.
Wszyscy zaczęli klaskać, a nasi przyjaciele wybiegli zza kulis i zebrali się w grupowym uścisku wokół nas krzycząc:
- Gratulację!
Byłam taka szczęśliwa.

*wieczorem*

Spacerowałam z moim chłopakiem po parku oglądając zachodzące słońce. Trzymaliśmy się za ręce, patrzyliśmy sobie w oczy. Byliśmy szczęśliwi, że mamy siebie.
Jorge zaprowadził mnie pod drzewo różane. Usiedliśmy na białej ławce stojącej pod nim. Chłopak objął mnie ramieniem i pocałował w czoło. Chwilę później oboje mieliśmy włosy pełne czerwonych płatków.

- W tym miejscu zawsze jestem szczęśliwy. - szepnął mi do ucha.
- Napisałam coś. - powiedziałam patrząc mu w oczy.
- Co takiego?
- Tekst piosenki. Na razie sam tekst. Ale o tobie. - stwierdziłam z uśmiechem. Zaczęłam wypowiadać słowa patrząc w jego szaro-zielone oczy. - A kiedy przyjdzie już ten czas, by pójść przez życie razem. Pójdziemy zachwyceni wraz, miłość nam będzie drogowskazem. A więc podajmy sobie dłoń i złączmy serc swych bicie, wspólny nasz los i wspólny czas na całe nasze życie.
Kiedy skończyłam przybliżył się i złączył nasze usta w pocałunku. Odwzajemniłam go z ekscytacją.
- Kocham Cię. - szepnął, kiedy się od siebie odkleiliśmy.
- Ja też. - mruknęłam wtulając się w jego tors.

~Axi Verdas 

OS - "Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami"

"Jest na świecie ta­ki rodzaj smut­ku, które­go nie można wy­razić łza­mi. Nie można go ni­komu wytłumaczyć. Nie mogąc przyb­rać żad­ne­go kształtu, osiada cias­no na dnie ser­ca jak śnieg pod­czas bez­wiet­rznej nocy. "


Jestem Violetta Verdas. Mam 27 lat, mieszkam w Buenos Aires. Nadal przyjaźnię się z Francescą, która aktualnie jest w szczęśliwym związku małżeńskim z Marco. Reszta moich przyjaciół porozjeżdżała się po różnych krajach, a Leon ? Leona już nie ma. Doskonale pamiętam ten dzień, kiedy mój mąż wyszedł do sklepu, zrobić zakupy i......... już nie wrócił. Na przejściu potrącił go rozpędzony samochód. Zginął  na miejscu. Mimo, że od tego wydarzenia minęły już 2 lata ja nadal nie potrafię cieszyć się z życia, tak jak kiedyś. Jeden nieuważny człowiek zniszczył całe nasze życie. Mieliśmy tyle planów. Całe życie przed sobą, Leon miał 25 lat, kiedy został pozbawiony życia. Tuż po jego śmierci byłam w okropnym stanie. Nachodziły mnie myśli samobójcze, jednak szybko się ich pozbyłam, gdyż miałam dla kogo żyć. Leon też miał. Mamy śliczną, 6 letnią córeczkę - Ines. Ona miała wtedy 4 latka. Mimo, iż była malutka bardzo to przeżyła. To był trudny okres dla nas obu. Pamiętam te nie przespane noce, spędzone na płakaniu lub uspokajaniu małej. Fiolki tabletek uspokajających szły wtedy jedna za drugą. Ja praktycznie nie spałam, nie jadłam, byłam wrakiem człowieka. Największym wsparciem była dla mnie wtedy Francesca. Kiedy wszyscy mnie zostawili, ona jako jedyna mówiła, że będzie dobrze i starała się mnie pocieszyć. Nigdy jej się za to nie odwdzięcze. Gdyby nie jej pomoc nie wiem co by teraz ze mną było. Na Fran zawsze mogłam i nadal mogę liczyć, a przecież ona też ma swoje życie. Ma męża, prace, a mimo to zawsze w tym wszystkim znajdzie czas dla mnie i małej. Ines bardzo ją kocha. To jej ukochana ciocia. Dla mnie też zawsze była jak siostra, której nie miałam. Co z resztą ? Cóż po skończeniu szkoły nasze drogi się rozeszły. Do tej pory najważniejsze przyjaźnie z dnia na dzień posypały się jak kawałki potłuczonego szkła. Wszyscy odeszli i zaczęli szukać swojej własnej drogi życiowej. Pozostała jedyna przyjaźń, której nic nie było w stanie zniszczyć. Magiczna więź zawarta między mną, a tą wspaniałą włoszką.

~,~

Przeraźliwy dźwięk budzika wybudził mnie ze snu w którym wszystko było takie proste. Czas wrócić do szarej rzeczywistości. Niechętnie podniosłam się z łóżka i ruszyłam w kierunku szafy znajdującej się w mojej sypialni. Kiedyś to była nasza sypialnia. - pomyślałam i do moich oczu momentalnie napłynęły łzy. Dlaczego wszystko mi o nim przypomina ? Minęło tyle czasu. Wystarczy na pozór nic nie znacząca rzecz i nagle powracają wszystkie wspomnienia. Nadal nie mogę pogodzić się z faktem, że jego nie ma. Że odszedł i już nie wróci. Każdego wieczoru kładę się z nadzieją, że kiedy się obudzę zobaczę jego piękny uśmiech. Jednak dni mijają, czas biegnie, a moje sny nadal pozostają tylko snami. I nic mi już nie pomoże. Tak, kierowca, który go potrącił został ukarany, ale czy dzięki temu poczułam się lepiej ? Nie, bo nic już nie zwróci mi Leona. Szybko starłam gorące zły spływające po moich policzkach, z szafy wzięłam pierwsze lepsze ciuchy i wyszłam do łazienki. Spojrzałam w lustro. Jestem beznadziejna, kolejny raz będę udawała, że wszystko jest w porządku, kiedy tak naprawdę wszystko się wali. Dawno się zawaliło.
Szybko zrobiłam makijaż, założyłam wybrany wcześniej strój i wyszłam z łazienki. Po cichu weszłam do pokoiku mojej córeczki. Ines jeszcze spała. Podeszłam do niej i delikatnie pogłaskałam po głowie.
- Kochanie, wstawaj. Jedziemy do przedszkola. - powiedziałam delikatnie całując ją w policzek. Dziewczynka otworzyła swoje piękne, duże oczy, a na jej twarzyczce od razu wykwitł śliczny uśmiech. Przytuliła mnie po czym szybko wybiegła z łóżeczka i zaczęła szykować się do wyjścia. Dzięki niej nawet ja poczułam się lepiej. Moja kochana córeczka potrafi pocieszyć każdego. Jest takim wesołym i promiennym dzieckiem, że wystarczy spojrzeć na jej szczery uśmiech, aby zrobiło się cieplej na sercu.
Kiedy obie byłyśmy już gotowe wzięłam z salonu moją teczkę, złapałem Ines za rękę i ruszyłyśmy do samochodu. Zapowiadało się na kolejny zwykły dzień. Była godzina 8.00, kiedy zaparkowałam pod niewielkim, kolorowym budynkiem. Było to przedszkole Ines. Wysiadłam z samochodu z trudem utrzymując równowagę na moich 10 centymetrowych, czarnych szpilkach. No, tak uroki pracy w biurze. A co do mojej pracy to kolejny dowód, na to jak nisko upadłam. 3 lata w Studiu, marzenia o karierze piosenkarki i w końcu skończyłam w jakimś szarym biurze. Moja kariera idealnie odzwierciedla moje życie. Jest po prostu szara i monotonna.
Obeszłam samochód i drzwi od strony pasażera, gdzie siedziała moja córeczka. Po jej zachowaniu wyczułam, że coś jest nie tak. Jeszcze godzinę temu tryskała radością i masą energii, a teraz była jakaś smutna i blada.
- Kochanie wszystko w porządku? -  zapytałam pomagając córeczce wysiąść z auta.
- Tak, mamo. Wszystko ok. - odpowiedziała, co jakoś mnie nie przekonało.
- Pokaż się. - powiedziałam przykładając rękę do jej czoła. - Nie masz gorączki. Na pewno dobrze się czujesz ? Bo jeśli nie to.... - nie dokończyłam, gdyż Ines złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę budynku. Wydawało mi się, że jest już lepiej. Nabrała kolorów, a na jej twarzyczce znowu pojawił się uśmiech.

~,~

Byłam już w drodze do pracy. Przejeżdżałam przez zatłoczone ulice Buenos Aires. W mieście jak zwykle panował tłok i przepych. Ludzie wręcz biegali ulicami nie zważając na innych przechodniów, aby jak najszybciej dotrzeć do celu. Ja również śpieszyłam do pracy, gdy usłyszałam głośny dzwonek mojego telefonu. Szybko chwyciłam za torebkę leżącą na siedzeniu obok i wyciągnęłam z niej komórkę. Nie sprawdzając kto dzwoni nacisnęłam zieloną słuchawkę i wsłuchiwałam się w głos osoby znajdującej się po drugiej stronie linii. Kobieta rozłączyła się, a ja momentalnie nacisnęłam na pedał hamulca. Zmieniłam kierunek jazdy i tym razem nadepnęłam na gaz.

Siedziałam przed szpitalną salą w oczekiwaniu na jakąkolwiek wiadomość. Na choć jedno słowo usłyszane z ust lekarza. Jednak nic. Na nic nie zdawały się moje prośby i pytania. Zatrzymywałam każdego napotkanego lekarza lub pielęgniarkę, a oni udawali, że mnie nie słyszą lub po prosu twierdzili, iż nie mają czasu i odchodzili zostawiając mnie w niewiedzy. Już od 2 godzin nikt nie udzielił mi żadnej informacji. Wiem tylko, że Ines zemdlała i robią jej jakieś badania. Nagle zauważyłam mężczyznę ubranego w biały kitel, wychodzącego z sali. Szybko podniosłam się z krzesła, a on kiwnięciem głowy wskazał, abym poszła za nim. Zrobiłam co kazał i po chwili byłam już w przepełnionym bladymi kolorami gabinecie.
- Powie mi pan wreszcie co się dzieje z moją córką ?! Siedzę tu już od 2 godzin i nadal nie wiem co się stało ! - mówiłam zdenerwowana.
- Proszę się uspokoić. Musieliśmy zrobić wszelkie badania, aby mieć pewność co do wyniku. Proszę się nie denerwować, ale wykryliśmy u Pani córki poważną chorobę serca. Nie wiem czy będziemy w stanie jej pomóc. Przykro mi. - odpowiedział mężczyzna. Nie słuchałam go dłużej i wybiegłam ze szpitala. Usiadłam na ławce i zaczęłam patrzeć. Mój świat zawalił się po raz kolejny. Właśnie tracę moją córkę. Całe szczęście, które mi pozostało prysło niczym bańka mydlana. To tylko dla Ines żyłam. Tylko dla niej każdego dnia wstawałam z łóżka, tylko dla niej, było moim promyczkiem słońca oświetlającym każdy dzień. Była tym małym światełkiem szczęścia w ciemnym tunelu bólu. Bezsilność, to jest w tej chwili najgorsze. Po raz kolejny tracę najważniejszą osobę w moim życiu i nie mogę nic zrobić.

Otarłam zły i po raz kolejny weszłam do budynku. Przekroczyłam próg sali i podeszłam do łóżka w którym spała moja księżniczka. Usiadłam obok i złapałam ją, za jej drobną, kruchą rączkę. Zawsze tak szczęśliwa, radosna i uśmiechnięta dziewczynka, teraz była blada i smutna.
Siedziałam tak, kiedy poczułam jak ktoś kładzie mi rękę na ramieniu. Odwróciłam się i ujrzałam stojącą nade mną Francescę. Wyszłyśmy na korytarz i tam wszystko jej opowiedziałam. Bardzo wstrząsnęła nią ta wiadomość. Zawsze kochała Ines jak własną córkę. Widziałam, że z wielkim trudem powstrzymuje płacz, ale mimo to pocieszała mnie. Zawsze przy mnie była.
Ok. 23.00 wyszłam ze szpitala. Musiałam wrócić do domu, żeby przebrać się i wziąć parę rzeczy Ines. Kiedy przekroczyłam próg domu usiadłam w salonie i zaczęłam płakać. Gorące łzy strumieniami płynęły po moich policzkach. Z całej siły rzuciłam poduszką i opadłam na łóżko z jeszcze większym szlochem. Musiałam wyładować emocje. Co ja mam teraz robić ? Siedzieć i patrzeć jak moja córka umiera ?

  *Tydzień później*

Przez ostatni tydzień mijam się między szpitalem, a cmentarzem. Do domu przychodzę tylko na noc lub nawet nie. Wzięłam urlop w pracy. Szefowa zrozumiała moją sytuację. Dzisiaj wstałam wcześnie i z samego rana pojechałam do szpitala. Weszłam do sali i zastałam tam uśmiechniętą Ines. To niesamowite, że nawet w takiej chwili bije od niej radość. Śmieje się i cieszy z najdrobniejszej rzeczy, a ja. Ja udaję, że wszystko jest dobrze. Za każdym razem przed wejściem do sali ocieram łzy. Nie chcę pokazać jej jak cierpię, nie chcę żeby widziała mnie w takim stanie, ale czasami nie wytrzymuję. Pozostałości po moim sercu pękają i rozsypują się.

 Posiedziałam jeszcze trochę z córeczką, kiedy przyszła Francesca. Kiedy wyszłyśmy na korytarz przyjaciółka od razu zadała mi pytanie:
- Powiedziałaś jej ?
- Nie. - odpowiedziałam krótko. Nie chciałam, żeby Ines zobaczyła jak płaczę.
- Violetta..... - powiedziała włoszka. Wiedziałam, że muszę, ale nie mogłam, po prostu nie potrafiłam.
- Francesca ! Jak ja mam powiedzieć własnemu dziecku, że umiera ?! - wybuchłam i zaczęłam płakać. Po raz kolejny nie mogłam powstrzymać łez, które pełne były żalu i rozpaczy.
- Dobra ja to zrobię. - odpowiedziała . - chociaż tak ci pomogę.
Ja już nic nie mówiłam przytuliłam tylko przyjaciółkę i po chwili weszłyśmy z powrotem do sali.
- Ciocia ! - krzyknęła dziewczynka. Fran podeszła i przytuliła małą, a ja przyglądałam się całej sytuacji z boku.
- Kochanie, musimy Ci z mamusią coś powiedzieć..- zaczęła brunetka - Pamiętasz jak mówiłyśmy Ci, że tatuś jest w takim pięknym, kolorowym miejscu gdzie wszyscy są szczęśliwi ?
- Tak. - odpowiedziała niepewnie Ines. Teraz już nie potrafiłam ukrywać płaczu. Stałam tam, a łzy po prostu płynęły.
- Wiesz Ines niedługo ty też tam będziesz, będziesz aniołkiem i będziesz bawiła się razem z innymi aniołkami. - teraz już nawet Francesca zaczęła płakać.
- A spotkam tam tatusia ? - dopytywała dziewczynka .
- Tak, kochanie. - odpowiedziałam płacząc.
- Czy to znaczy, że ja umieram ? - nie dawała za wygraną.
- Wiesz słonko. - mówiłam przez łzy. - Jesteś chora, ale nie bój się to nie boli. Po prostu, kiedy pewnego dnia, pójdziesz spać w magiczny sposób przeniesiesz się do tego wspaniałego świata w którym jest tatuś i zostaniesz tam z nim już na zawsze.  - dokończyłam łapiąc ją za rękę.
- Mamusiu,a ty ?
- Ja ? Ja też kiedyś do was dołączę. - mówiłam, cały czas płacząc.
- Dobrze, mamusiu. Będę na Ciebie czekać. - powiedziała Ines przytulając się do mnie.

~,~

Siedziałam przy grobie Leona i płakałam. -Boże dlaczego ? Dlaczego każesz mi tak cierpieć ? Jak okropnym byłam człowiekiem, że ponoszę tak wielką karę ? Co zrobiłam ? Czym na to zasłużyłam ? Dlaczego zabierasz mi najważniejsze osoby w moim życiu ? Najpierw mama, później Leon, teraz Ines. Dlaczego nie mogę być szczęśliwa jak inni ludzie ? - pytałam. Jednak na te pytania nigdy nie znajdę odpowiedzi. Los tak chciał. Po prostu. Ale, dlaczego zabrał mi wszystkich ? Ja nie wiem czy dam radę dalej żyć jeśli Ines umrze. Nie wiem czy będę potrafiła stanąć na nogi po raz kolejny. Problem pojawia się w tym, że nie będę miała już dla kogo żyć. Jeśli ma się kogo kochać znajduje się tysiące powodów do życia, ale po co żyć skoro wszyscy odchodzą. Czasami tak trudno jest nam pogodzić się z sytuacjami w których się znajdujemy. Potrzebujemy płakać, ale i to nic nie pomaga. Cierpimy, ale to nic nie zmienia.
Po tych przemyśleniach postanowiłam choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości i udać do bajkowej krainy wspomnień. Szłam przez park, a wiatr delikatnie rozwiewał moje włosy. Widziałam siebie i Leona jako 18 latków spacerujących przez park, siedzących przy fontannie, jedzących lody i wreszcie doszłam do tej pamiętnej ławeczki. Ławka ta była już dosyć stara. Biała farba odrywała się z niej, a drzewa, którymi była otoczona uschły nie były już takie jak kiedyś, jednak dla mnie nadal było to najpiękniejsze miejsce na ziemi. To tutaj przeżyłam najpiękniejsze chwile związane z Leonem. T
o tutaj pierwszy raz mnie pocałował, to tutaj pierwszy raz zaśpiewaliśmy Nuestro Camino, tu mi się oświadczył i tu powiedziałam mu o ciąży. Zawsze, kiedy tu przychodzę czuję, że Leon tu jest, że siedzi koło mnie. Wtedy zapominam o tym, że umarł. To miejsce jest częścią jego, częścią mnie, jest częścią naszego życie. Jedna ławka jest dla mnie warta więcej niż wszystkie skarby świata. Zawsze będzie ważna.

*Trzy tygodnie później*

Po raz kolejny siedzę w szpitalnej sali mojej córeczki. Przez ostatnie tygodnie Ines schudła, zmizerniała. Boję się, że wspólny czas się kończy. Za każdym razem kiedy Ines usypia, boję się, że już nie otworzy swoich pięknych oczu i nie uśmiechnie się do mnie takim promiennym uśmiechem. Dzisiaj siedzę przy niej już jakąś godzinę. Jest 7.00 rano, więc dziewczynka jeszcze śpi, a mnie nachodzi strach i niepewność. Wiem, że muszę się z tym pogodzić, że choć bym nie wiem jak chciała nie uda mi się wygrać z chorobą. Jednak nie potrafię powiedzieć sobie: "Ona umrze, na pewno". Mimo, iż wiem, że to nastąpi cały czas mam złudną nadzieję, że jednak będzie inaczej.

Po chwili Ines zaczęła oddychać coraz ciężej. Do sali weszli lekarze, a ja stałam na korytarzu. Patrzyłam przez szybę. Widziałam to. Widziałam jak jej serduszko przestało oddychać. Słyszałam pisk maszyny. Widziałam prostą linie na monitorze urządzenia. Resztki mojego serca umarły. A czy da się żyć bez serca ? Nie. Od teraz będę tylko chodzić, oddychać, jeść, spać, ale nie żyć. Umarła kolejna część mnie. Zakręciło mi się w głowie, a przed oczami zaczęły pojawiać się czarne plamy. Czułam jak upadam. Ostatnie co pamiętam to wołanie jakiejś pielęgniarki. Zemdlałam......

~,~

Na podstawie tej historii widzimy jak bezwartościowe i nic nie znaczące jest życie człowieka. Bo, ile czasu jest potrzebne człowiekowi, aby stać się w pełni szczęśliwym ? Potrzebne jest 20 - 30 lat. Wszystko dzieje się powoli. Najpierw znajdujemy przyjaciół, później miłość, budujemy dom zakładamy rodzinę. Jednak, aby osiągnąć to wszystko potrzeba także wiele lat pracy, wytrwałości i nadziei, że osiągniemy wyznaczony cel. W takim razie ile potrzeba, aby wszystko zniszczyć ? Wystarczy jedna chwila, jeden moment, jedno zdarzenie i wszystko się wali. Sypie jak domek z kart i przygniata nas. Wtedy potrzebujemy cudu, aby wydostać się spod gruzów własnego życia.


~Milena Verdas