wtorek, 2 września 2014

34. ~ "A co, jeśli chcę być szczęśliwa z tobą?"

Tydzień później…

Marco

- Fran… Posłuchaj mnie i nie przerywaj, dobrze? Po prostu mnie wysłuchaj. Nie musisz się z tym zgadzać.
Włoszka pokiwała głową, na co westchnąłem i zacząłem mówić:
- Doskonale wiesz, że nie… Znaczy… Nie wiem jak to ubrać w słowa, ale kocham cię i chciałbym mieć cię tutaj, obok, zawsze, gdy będę tego potrzebował. Ale taka szansa może się nie powtórzyć już nigdy… Nie możesz z tego zrezygnować przeze mnie. A my… Przecież nie wyjeżdżasz tam na zawsze, więc moglibyśmy utrzymać kontakt, a jak wrócisz, to będzie tak, jak jest.
Może i mówiłem optymistycznie, ale to nie znaczy, że tak myślałem. Francesca dostała kilka dni temu propozycję zrobienia kariery. Tyle, że w Hiszpanii… Rozważamy wszystkie „za” i „przeciw”. To dla niej wielka, niepowtarzalna szansa i nie może z tego zrezygnować, nawet gdybym chciał. A chciałbym… Bardzo. Chciałbym móc ją zatrzymać przy sobie, ale nie mogę niszczyć jej marzeń. Ja… nie, nie mogę.
- Wiem o tym. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że to niesamowita szansa i… Uh, naprawdę chcesz, żebym jechała? - zapytała, a przez jej twarz przebiegł cień wątpliwości. Zmrużyłem oczy.
- Wiesz, co o tym myślę. Ale chcę, byś spełniła swoje marzenia i chociaż raz pomyślała tylko o sobie.
I cisza. Trwała kilka sekund, może kilkanaście. A może nawet kilka minut? Nie mam pojęcia. Spojrzałem w jej oczy i widziałem, że myśli tak, jak ja. Chce spełnić marzenia, ale nie chce jechać na drugi koniec świata, by to zrobić. Uh, to takie trudne…
- Jedź. Proszę. Zobaczysz, że będziesz zadowolona z tej decyzji, a jak wrócisz, to będziemy szczęśliwi. Razem. Dobrze? - zapytałem, przytulając ją mocno.
- Dobrze…

W piątek rano wjechałem na parking lotniska. Zaparkowałem na odpowiednim miejscu, po czym wysiadłem i przeszedłem na drugą stronę samochodu, by otworzyć Francesce drzwi. Tak też zrobiłem, a ona tylko uśmiechnęła się delikatnie i wysiadła. Wyciągnąłem z bagażnika dwie walizki dziewczyny i zamknąłem samochód. Ruszyliśmy w stronę wejścia, oboje z walizką w ręce.
Tak, chciałbym jechać z nią…
                Dziewczyna zatrzymała się przed szklanymi drzwiami i odwróciła w moją stronę. Zabrała swoją walizkę z mojej ręki, a następnie spojrzała mi w oczy.
- Dalej sobie poradzę, dziękuję. Eh, nie umiem się żegnać, wiesz o tym… - szepnęła, opuszczając głowę.
- Wiem - przytaknąłem i chciałem się uśmiechnąć, by dodać jej trochę otuchy, lecz zamiast tego wyszedł mi grymas.
- Kocham cię. - Przytuliła się do mnie mocno. - Będę tęsknić. Bardzo. Ale wrócę niedługo.
- Powodzenia. Będzie dobrze, zobaczysz.
Pocałowałem ją i uśmiechnąłem się. Ona odwzajemniła mój gest, po czym wzięła walizki do rąk i weszła do środka. Patrzyłem jeszcze przez chwilę, jak odchodzi, po czym odwróciłem się i zacząłem iść w kierunku parkingu. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i wybrałem numer do mojego brata.
- Już wracam, będę za piętnaście minut. Nie zaśnij, doskonale wiesz, że mam kluczy i nie będę jak miał wejść do domu - powiedziałem, gdy odebrał. Nie ukrywam, że głos mi się trochę zatrząsł, gdy mówiłem.
- Właśnie mnie obudziłeś, dzięki. Nie zasnę, możesz być spokojny. I nie martw się, przecież ona wróci.
- Nie martwię się, wiem, że wróci - odrzekłem wymijająco, mając tą głupią nadzieję, że przestanie ciągnąć temat.
- Przecież słyszę po głosie. Jak kocha, to wróci.
- Jak kocha, to nie odejdzie - szepnąłem i rozłączyłem się, chowając telefon do kieszeni, po czym wsiadłem do samochodu i odjechałem.
Ona już nie wróci… Ale przynajmniej spełni marzenia i będzie szczęśliwa.


Francesca

Od kilku dni tylko czekałam, aż Marco wreszcie spojrzy na mnie i powie, bym nie jechała. To nie tak, że nie chciałam. Taka szansa może się już nie powtórzyć, to prawda. Ale… Włochy to przecież drugi koniec świata, a ja mam tutaj jego. I to wszystko, czego mi potrzeba do szczęścia. Muzyka pełni ważną rolę w moim życiu, ale nie potrzebuję zrobienia kariery, by być szczęśliwą. Potrzebuję jego.
Byłam głupia. Jak mogłam myśleć, że tak po prostu powie mi "Fran, nie jedź"? Wiem o tym, że mnie kocha, przecież powtarza to co chwilę, ale… myślałam, że chciałby, żebym została. Mówił, że chce, bym spełniła marzenia. To prawda, marzę o czymś takim od dziecka. Ale to nie zmienia faktu, że go kocham.
A może… może zrobił to, by znowu być z Violettą? Zerwała z Leonem dwa dni przed tym, jak powiedziałam Marco o propozycji podpisania kontraktu z wytwórnią z Włoch, więc miał wystarczająco dużo czasu, by to wszystko przemyśleć. Przecież… chwila, Fran, co ty pieprzysz. To rozdział zamknięty, przeszłość, skończone. Chyba…
Nie, to niemożliwe, by chciał do niej wrócić. Jeszcze chwilę temu zapewniał mnie, że gdy wrócę, to będziemy razem i będzie dobrze. Bo będzie, prawda? Na pewno, wierzę w to. To tylko kilka miesięcy, najwyżej pół roku. Damy radę, pomimo dzielącej nas odległości. Zawsze dajemy radę.
Zawsze, jeśli tylko jesteśmy razem.


Trzy tygodnie wcześniej…

Naty

Usiadłam na pobliskiej ławce i kolejny raz tego dnia zalałam się łzami. Mam dość ciągłych wyrzutów Maxiego, jakby on nigdy nie był niczemu winny. Nate to tylko i wyłącznie mój przyjaciel. Może i coś do niego czuję, bo to nie tak łatwo zapomnieć o starej, wakacyjnej miłości, ale mimo wszystko, to nie jest to samo, co czuję do Maxiego. Jego kocham. Ale jak widać bez wzajemności. To on tylko ciągle lata za Camilą, a mnie olewa. To on ciągle robi mi afery o nic. To on niszczy nasz związek, który budowaliśmy tak długo. W sumie… już go zniszczył. I to nie odwracalnie. Mimo że kocham go najbardziej na świecie, to coś zabrania mi z nim dłużej być. Serce mówi "wybacz mu", a rozum "zostaw tego dupka". I tym razem chyba posłucham rozumu. Nie chcę już dłużej cierpieć. Nie…
Otarłam mokry policzek prawą dłonią i rozejrzałam się dookoła. Ani śladu Maxiego… Doskonały przykład troskliwego chłopaka.
Ugh, przestań o nim myśleć. To koniec, nie ma odwrotu. Tak będzie lepiej i dla ciebie, i dla niego.
- Nats, co się stało?
Podniosłam wzrok i zobaczyłam Nate'a siadającego obok mnie z walizką w ręce, którą szybko odłożył, by przytulić mnie mocno.
- Co tutaj robisz? Nie powinieneś być w samolocie?… - zapytałam, patrząc na swoje buty.
- Powinienem, ale spóźniłem się, bo nie mogłem znaleźć biletu… - Z trudem powstrzymywał śmiech. - Więc zadzwoniłem do rodziców i powiedziałem, że zostanę jeszcze na chwilę, jeśli nie na zawsze. Oczywiście jeśli tylko chcesz mnie widzieć tutaj codziennie. Ale nie o mnie, mów co się stało, hm?
- Pamiętasz mojego chłopaka, Maxiego? My właśnie chyba zerwaliśmy…
- Jak to zerwaliście? Chyba? - Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, po czym zaczęłam tłumaczyć mu całą historię. Pomijając kilka nieważnych faktów.
Przez chwilę oboje nie odzywaliśmy się i wiedziałam, że to nie zwiastuje niczego dobrego.
- Dupek - powiedział, przerywając ciszę. Zauważyłam, że zaciska dłonie w pięści. - Jak może osądzać cię o coś takiego, gdy tymczasem sam nie jest lepszy? Uch… Nie zasługuje na ciebie, kotku, tyle ci powiem. Może… może on jednak nie był tym jedynym?
- Był… - szepnęłam, a w oczach ponownie zebrały mi się łzy.
- Nie Naty, jestem pewien, że nie był. Gdyby był, nie traktowałby cię w ten sposób. I pomiędzy wami byłoby o wiele lepiej, mimo wszelkich przeszkód - wytłumaczył, ale ja już nie odpowiedziałam.
Mówił dalej, jednak nie słuchałam go. On ma rację… On zawsze ma rację. Może to też była tylko przelotna miłość. Dla mnie. Dla Maxiego… co najwyżej zauroczenie. Marne zauroczenie. Wkrótce nam przejdzie. Na pewno. I oboje znajdziemy dla siebie kogoś lepszego. Kogoś, kto będzie nas kochał, kto będzie o nas dbał i dawał poczucie bezpieczeństwa. Kogoś, kto sprawi, że poczujemy się wyjątkowi.
- Nate…? - zaczęłam, unosząc głowę, by spojrzeć na niego.
- Tak?
- Odpowiedz mi szczerze. Czy ty… czy ty czujesz coś do mnie?
I znów ta stresująca cisza.
- Skoro szczerze, to szczerze… Pamiętasz, gdy się poznaliśmy? Spędziliśmy ze sobą mało czasu, ale tyle mi wystarczyło, by się w tobie zakochać. Bez pamięci - powiedział cicho, nadal patrząc w moje oczy. - I to nie tak, że chcę odsunąć cię od Maxiego, nie, nie, nie. Po prostu chcę, byś przejrzała na oczy i nie musiała martwić się tym, czy następnego dnia cię zrani czy może przytuli. Chcę byś była szczęśliwa, nawet jeśli nie ze mną.

- A co jeśli chcę być szczęśliwa z tobą? - szepnęłam, splatając palce naszych dłoni.









Znowu krótko, znowu pomieszałam i znowu przepraszam. Ale chociaż postarałam się szybko napisać. x
Uch, skarbki... zbliżamy się do końca tego opowiadania naprawdę wielkimi krokami. Ogromnymi. Dlaczego? Dlatego, że kolejny rozdział będzie dodany pewnie za niedługo. I ten kolejny rozdział będzie zarazem epilogiem. Niestety lub "stety", interpretujcie to jak chcecie. Po dodaniu epilogu wezmę się za notkę z kilkoma informacjami, bo nie chcę pisać tutaj zbyt dużo, lecz chcę wyjaśnić jedną sprawę.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko się zmieniło. Mój styl pisania, pomysły, wszystko mieszam i rozwalam. Ale tak szczerze, to już się pogubiłam. I wiem, że to, co piszę może wam już się nie podobać, ale miśki... ja widzę ile osób czyta rozdziały, a ile z nich komentuje. Ja naprawdę staram się jak tylko mogę, bo mam też swoje życie, wiele spraw do załatwienia... I chciałabym, by ktoś to docenił. Ktoś więcej, niż kilka osób (którym bardzo dziękuję za komentarze). Po prostu liczba wyświetleń okropnie zmalała, a liczba komentarzy jeszcze bardziej. Zastanówcie się nad tym, a resztę wyjaśnię po epilogu, dobrze? x 
Przepraszam i dziękuję, kocham was. ♥

sobota, 30 sierpnia 2014

One Shot: Dziesięć razy tak || Lodoggero

Tytuł: „Dziesięć razy tak”
Autorka: Szanella x
Gatunek: Komedia; Romans;
Pairing: Lodoggero (Lodovica & Ruggero)
Czas akcji: Marzec 2014 oraz kwiecień 2015
Miejsce akcji: Buenos Aires, Argentyna
Przedział wiekowy: +13 (występują wulgaryzmy)
Opis: Lodovica przegrała zakład z Ruggero, przez co teraz musi odpowiedzieć „tak” na dziesięć jego pytań.
Liczba stron: 6 i 1/4
Liczba słów: 2361
Od autorki: Nie wiem co mnie naszło, ale pomysł bardzo mi się spodobał, więc nie mogłam tego nie napisać. Z racji tego, że kocham Lodoggero całym serduszkiem i pasowali mi do tego One Shota jak ulał - wybrałam właśnie ich. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. Enjoy! ;) x

czwartek, 28 sierpnia 2014

33. ~ "Zrobiłam to..."

Federico

- Federico, naprawdę nie musisz robić sobie problemu. Nie jestem pewna, czy twoja mama byłaby-
- To nie jest problem. Nie zostawię cię samej w domu z tym… Eh. A moja mama bardzo cię lubi i na pewno zrozumie - wyjaśniłem, gdy Ludmiła po raz kolejny, od wyjścia z jej domu, miała jakieś wątpliwości.
- Ale przecież-
- Lu. Żadne „ale”.
Uśmiechnąłem się do niej, by rozładować napięcie między nami. Ona w sumie ma rację. Sam nie jestem pewien, jak moja mama na to wszystko zareaguje i czy w ogóle zgodzi się, by dziewczyna zamieszkała z nami na kilka dni. Ale na pewno nie mógłbym zostawić jej w domu samej z jej „ojcem”. Za kogo on się uważa, że ją tak traktuje? To jego córka, do cholery! Nie powinien robić afer o byle co, a tym bardziej jej bić. Nie rozumiem, jak można skrzywdzić tak cudowną dziewczynę, jaką jest ona.
Podszedłem do bramy mojego domu i otworzyłem ją. Przepuściłem Ludmiłę przodem, a po chwili objąłem ją ramieniem.
- Będzie dobrze, nie martw się. - Pocałowałem ją w czoło i uśmiechnąłem się. Na jej twarzy wykwitł delikatny uśmiech.
Wyciągnąłem klucz z kieszeni spodni i otworzyłem drzwi. Nacisnąłem na klamkę i pchnąłem je, po czym razem z blondynką weszliśmy do środka. Odłożyłem jej torbę na szafkę i schyliłem się, by zdjąć buty. To samo zrobiła Ludmiła. Przeszliśmy przez mały korytarz, dzięki czemu znaleźliśmy się w salonie. Moja mama podniosła wzrok znad telewizora na nas i uśmiechnęła się promiennie.
- Mamo, możemy porozmawiać?… - zapytałem niepewnie, patrząc na nią.
- Tak, oczywiście - przytaknęła i wstała z kanapy, kierując się w stronę kuchni.
Szepnąłem do Ludmiły, żeby się rozgościła, a ja ruszyłem za mamą. Spojrzałem na nią, gdy staliśmy naprzeciwko siebie w małym pomieszczeniu.
- Em… Czy… Czy Ludmiła mogłaby z nami zamieszkać na kilka dni? - wydukałem po chwili ciszy.
- Jasne, że tak, ale… Stało się coś? - Jej wzrok wydawał się być zmartwiony.
- Problemy z ojcem, później ci opowiem. Dziękuję. - Przytuliłem ją mocno, a moje usta wykrzywiły się w uśmiechu.
Wróciłem do salonu i zobaczyłem Ludmiłę siedzącą na kanapie z moją siostrą na swoich kolanach. Wyglądają razem tak słodko. Usiadłem obok nich i uśmiechnąłem się szeroko. Blondynka spojrzała na mnie niepewnym wzrokiem i jakby… wystraszonym?
- Coś nie tak? - zapytałem troskliwie, łapiąc ją za rękę.
- Nie, nie, wszystko… prawie wszystko jest w jak najlepszym porządku. - Uśmiechnęła się do mnie, jednak po chwili jej uśmiech ponownie zniknął. - Em… I jak? Mogę tutaj zostać?…
- A jak myślisz? - zacząłem się z nią droczyć.
- Myślę, że twoja mama mnie bardzo lubi, ale nie jestem pewna, czy lubi mnie aż tak, żeby pozwoliła mi zostać u was na nie wiadomo ile z głupiego powodu.
- To nie jest głupi powód, Lu. To jest poważna sprawa, z którą sobie jakoś poradzimy. Razem. Będzie dobrze, nie martw się. I możesz zostać tutaj tak długo, jak tylko zechcesz - wytłumaczyłem, na co ona jedynie mruknęła coś pod nosem i uśmiechnęła się. Przysunąłem się bliżej niej i pocałowałem ją delikatnie.
- Fuuuj… To ohydne! - krzyknęła Mel, odpychając mnie od Ludmiły. Pokój wypełnił mój śmiech, który po chwili udzielił się także Ludmile.
- To nie jest ohydne - zwróciłem się do siostry. - To miłość, słońce.


Dwa tygodnie później…
Violetta

„Przez ostatni tydzień dużo myślałam. Zbyt dużo. O Leonie, Marco, Francesce… O wszystkim, ale głównie o naszej czwórce. I doszłam do wniosku, że ta bajka nie ma szczęśliwego zakończenia. Jeśli w ogóle można nazwać to bajką.
Gdy wreszcie wszystko zaczęło się układać w dobrym kierunku - mnie zebrało się na przemyślenia. Po raz kolejny wszystko się zniszczy. Po raz kolejny ja wszystko zniszczę. I wątpię, bym dostała kolejną szansę na naprawienie tego.”

                Zamknęłam pamiętnik i odłożyłam go na szafkę nocną. Spojrzałam za okno. Ciemno, zimno, chyba nawet pada… Jest po dwudziestej pierwszej, jeśli nie dalej. Złapałam telefon do ręki i wybrałam numer do Leona. Odebrał po dwóch sygnałach.
                - Cześć, kochanie - przywitał mnie ciepło, a ja tak jakby straciłam zdolność mówienia.
                Nie możesz się teraz wycofać. Po prostu to zrób - pomyślałam.
- Em, cześć… Wiem, że jest późno, pogoda nie jest najpiękniejsza, a ty jutro wcześnie wstajesz, ale… możemy się spotkać? To bardzo ważne. Nie zajmę ci dużo czasu.
- Tak, oczywiście, że możemy. Coś się stało? - zapytał zmartwionym głosem, a mnie znowu naszyły wątpliwości.
Nie chcę cię ranić…
- Nie, nie. Chociaż w sumie… tak. Ale nie. Uh, to skomplikowane. Więc… za dziesięć minut w parku obok Studio?
- Jak dla ciebie, to mogę tam być nawet za dwie. Kocham cię.
                Rozłączył się. Cholera… Nie, nie ma innej opcji, muszę to zrobić. I tak ranię go wystarczająco mocno. Już nie ma odwrotu, postanowione. Teraz tylko wymknąć się z domu przed tatą…

Kilkanaście minut później…

Stałam pod dużym drzewem, gdy Leon podszedł do mnie i usiadł obok. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się sztucznie, mimo że czułam, że za chwilę po prostu się rozpłaczę.
Z jednej strony nie chcę tego robić, bo nadal coś tam do niego czuję, nawet jeśli to nie jest miłość. Ale z drugiej… muszę. Zdaję sobie sprawę z tego, że to go okropnie zaboli, ale na pewno mniej, niż bycie ze mną, jeśli ja… jeśli ja nadal kocham Marco i nie potrafię przestać. A jeszcze bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że to jego kocham tak naprawdę. Całym sercem. I nawet jeśli nie będziemy już nigdy razem, to nie jest ważne. Ważne jest to, że nie potrafię dłużej ranić Leona. Nie chcę, by cierpiał…
- Nawet nie próbuj tego robić. - Jego głos wyrwał mnie zamyśleń, przez co ponownie na niego spojrzałam.
- Czego robić?
- Znam cię nie od wczoraj i widzę, że coś jest nie tak. A ty na siłę próbujesz się uśmiechnąć, by zamydlić mi oczy. Nie rób tego… - powiedział i przysunął się bliżej mnie. Chciał mnie przytulić, lecz ja odsunęłam się gwałtownie. - Dobra, teraz mnie zmartwiłaś… O co chodzi?
- Bo ja… Ugh, to jest tak cholernie trudne.
- Co jest trudne?
- Wszystko. Ja, ty. My… - Po policzku spłynęła mi łza, którą szybko otarłam rękawem bluzy.
- Skarbie…
- Nie… Nie mów tak, proszę. Mam to ciągnąć w nieskończoność, czy powiedzieć z góry o co mi chodzi? - zapytałam niepewnie, patrząc przed siebie. Nie potrafię spojrzeć mu teraz w oczy.
- Po prostu to powiedz - powiedział po chwili, która wydawała się być wiecznością.
Wzięłam głęboki oddech i przez jakiś czas patrzyłam to na niego, to na pustą ulicę kilkanaście metrów przed nami lub unosiłam głowę i patrzyłam na zachmurzone niebo.
- Musimy zerwać… Teraz.
- Bo nadal kochasz Marco i nie chcesz mnie ranić. Wiem o tym… - szepnął, a ja z trudem powstrzymywałam płacz.
Kiwnęłam delikatnie głową.
- Przepraszam…
- Nie masz za co mnie przepraszać. Ja to doskonale rozumiem. Naprawdę.
- Mam za co. Od kilku miesięcy bez przerwy cię ranię i zdaję sobie z tego sprawę. A to, co robię teraz, to już w ogóle przekracza wszelkie granice… Tylko, uh… To nie tak, że cię nie kocham. Po prostu nie tak bardzo. Nie tak bardzo, jak kiedyś… I nie tak bardzo, jak jego. Przepraszam - powiedziałam cicho, a on tylko otarł moje łzy i przytulił mnie mocno.
- Wierzę, że można wybrać komu dasz się zranić. I jeśli ty masz mnie ranić, to chcę być raniony.
- Czuję się tak, jakbym za każdym razem wbijała ci nóż w serce… I nie chcę tego robić.
- Więc… cofamy się do tylko przyjaciół, tak?… - zapytał z nadzieją, a ja otarłam łzy i uśmiechnęłam się delikatnie. Kiwnęłam głową. - To w takim razie… mimo wszystko jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie.



„Zrobiłam to… Zerwałam z nim szybko i w miarę bezboleśnie. Chyba. Przynajmniej dla mnie. Powiedział, żebym się nim nie martwiła. I że… przyzwyczaił się do tego, że nie potrafię kochać go tak, jak chciałby, żebym go kochała. Nie mam pojęcia, czy powiedział tak, bo to była prawda, czy żebym poczuła się lepiej. Ale ja wcale nie poczułam się lepiej. Nie potrafię z nim być, ale też nie potrafię tak po prostu być jego przyjaciółką i jak gdyby nigdy nic zapomnieć o wszystkim. O wszystkim, co przeszliśmy. O tych wszystkich przeszkodach, które udało nam się pokonać. Razem.
A teraz… Leon Verdas to rozdział oficjalnie zamknięty. Na pięć zamków. I nigdy go już nie otworzę. A Marco… To już zależy od niego. Teraz jest z Francescą i mam nadzieję, że jest szczęśliwy. Wtedy ja też będę. Nawet jeśli już nigdy nie będziemy razem.
Chciałabym, żeby Leon też był szczęśliwy. Ale z kimś innym. Z kimś, kto nie będzie go ranił. Z kimś, kto będzie go uszczęśliwiał przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez siedem dni w tygodniu. Zawsze i wszędzie.

Co ma być to będzie, jakoś sobie jeszcze życie ułożę. Jak nie z nimi, to może kiedyś poznam kogoś innego, kto pozwoli mi o nich zapomnieć?”












Uh, przepraszam... Rozdział krótki, rozwaliłam Leonettę, miesiąc przerwy. Dużo by tłumaczyć, więc po prostu przepraszam. Kocham was xx

czwartek, 21 sierpnia 2014

One Shot: Są sny, po których przerwaniu istnieje coś ponad wspomnienia || Diecesca

Tytuł: „Są sny, po których przerwaniu pozostaje coś ponad wspomnienia”
Gatunek: Romans
Pairing: Diecesca (Diego & Francesca); Fedemiła (Federico & Ludmiła)
Czas akcji: Wakacje 2014
Miejsce akcji: Buenos Aires, Argentyna
Przedział wiekowy: Bez ograniczeń
Liczba stron: 10
Liczba słów: 4802
Od autorki: Tak, tak, wiem. Od miesiąca nie było tutaj niczego, a ja wyjeżdżam z One Shotem... Po prostu pomysłów mało, weny... cóż, średnio, ale nie na to, co potrzeba. Do tego problemów w życiu prywatnym coraz więcej i naprawdę - piszę wtedy, kiedy mogę i piszę to, na co mam wenę. Postarajcie się mnie zrozumieć, proszę. x 
Jest to mój pierwszy prawdziwy oneshot i chciałabym zadedykować go komuś specjalnemu. Melcia, skarbie… Gdyby nie ty, to coś prawdopodobnie by nie powstało. Gdyby nie ty, nie miałabym gdzie go zamieścić. Każdego dnia, każdej godziny i każdej minuty motywujesz mnie do dalszego działania i sprawiasz, że nigdy się nie poddaję. Nawet wtedy, gdy jestem już blisko upadku - podnoszę się i z gracją otrzepuję ubranie. Dla ciebie. Dziękuję za wszystko, co dla mnie robisz. Dziękuję za to, że jesteś. Kocham cię najmocniej na świecie.
Sny, myśli lub wspomnienia bohaterów pisane są kursywą! Enjoy! ;) x
(One Shot dostępny także na moim TUMBLR)


wtorek, 29 lipca 2014

32. ~ "Jesteś zbyt piękna, by płakać."

Naty

- Będę baaardzo tęsknić, wiesz? - powiedziałam, przytulając mocno Nate’a.
Oboje staliśmy na środku lotniska. To jego ostatni dzień tutaj, w Buenos Aires. Wraca do USA i nie zapowiada się, by odwiedził mnie w ciągu najbliższych kilku miesięcy…
- Ja też, Naty. Ale przecież będziemy utrzymywać kontakt, prawda? - zapytał z lekkim uśmieszkiem, na co ja kiwnęłam głową.
Zrobię wszystko, by tym razem być bliżej niego. Postanowiliśmy, że będziemy pisać do siebie każdego wieczora e-mail, w którym opiszemy nasz cały dzień, wygadamy się, pośmiejemy. Jestem ciekawa, jak długo przetrwamy z takim czymś… Mam nadzieję, że wystarczająco długo.
Uśmiechnęłam się do Nate’a, a on od razu wyczuł, że mój uśmiech jest sztuczny. Jak mam się uśmiechnąć, skoro wyjeżdża? Myślałam, że zawita dłużej w naszym mieście, że zdążę go oprowadzić po najfajniejszych miejscach, wychodzić z nim wieczorem na miasto, do kina… Ale niestety. Eh, nie jestem dobra w pożegnaniach.
- Wiem, że to trudne, ale uśmiechnij się. Proszę. Ja się uśmiecham, widzisz? - Uśmiechnął się szeroko, czym od razu poprawił mi humor. Uwielbiam jego uśmiech. - To nie koniec świata, nie możesz się smucić.
Położył dłoń na moim policzku i przejechał po nim kciukiem. Odłożył walizkę na podłogę i przytulił mnie mocno.
- Hej… Jesteś zbyt piękna, by płakać. Naprawdę zbyt piękna - szepnął cichutko, całując mnie w głowę.
- Nie jestem piękna… - zaprzeczyłam, kręcąc przecząco głową. Mimo to, uśmiechnęłam się pod nosem.
- Jesteś. Mnie nie wierzysz?
- Wierzę. Nie mam ochoty tego mówić, ale idź już. Nie chcę, żebyś się spóźnił na samolot.
- Oczywiście, już idę. Jak będę na miejscu, to zadzwonię, dobrze? - Ostatni raz uśmiechnął się do mnie.
Uśmiechnął się tym swoim słodkim, rozbrajającym uśmiechem. Powtórzyłam jego gest, przytulając go, po czym podałam mu do ręki walizkę, której - znając jego - z pewnością by zapomniał. Zachichotałam, patrząc jak idzie tyłem i macha do mnie. Gdy był na tyle daleko, bym zgubiła go w tłumie, odwrócił się i zniknął wraz z uśmiechem…


Maxi

- Naty - szepnąłem, podchodząc do dziewczyny i obracając ją za ramię w swoją stronę. - Tak myślałem, że tu będziesz…
- Śledziłeś mnie? - zapytała, a w jej głosie słychać było odrobinę rozczarowania.
- Nie, oczywiście, że nie.
- To skąd mogłeś wiedzieć, że jestem w takim miejscu, jak to?
Dociekliwa dziewczyna z niej…
- Bo od kilku dni powtarzasz, że ten idiota wyjeżdża, więc spodziewałem się ciebie tylko i wyłącznie tutaj.
- On nie jest idiotą - żachnęła się, patrząc na mnie wzrokiem, który oznaczał u niej początek kłótni. Wyminęła mnie i zaczęła iść w kierunku wyjścia z lotniska. Ruszyłem za nią, przez co brunetka przyśpieszyła kroku.
- Naty. Nie złość się, przecież nic takiego nie powiedziałem. - Złapałem ją za rękę, którą ona natychmiast wyrwała z mojego uścisku. Zatrzymała się i stanęła przede mną.
- Nic takiego? A właśnie, że coś takiego. Wiesz, że jest moim najlepszym przyjacielem i jest dla mnie bardzo ważny. W dodatku nie będziemy się bardzo długo widzieć, a ty tak po prostu urządzasz te swoje sceny zazdrości i bezproblemowo nazywasz go idiotą - mówiła (jak na razie) spokojnym i cichym głosem. Wydawała się nie mieć ochoty i nastroju na jakiekolwiek sprzeczki, jednak ja wiedziałem, że to dopiero lekki wiatr, a za chwilę zacznie się burza z piorunami…
- Przepraszam, ale…
- Żadne „ale”, rozumiesz? - przerwała mi, a jej wzrok z sekundy na sekundę wydawał się być coraz to groźniejszy.
- Sama ostatnio nazywałaś go idiotą i jakoś ci to nie przeszkadzało!
- To były żarty, Maxi. Tylko żarty i nic poza tym. Ale wiesz… To ty jesteś idiotą. Jesteś idiotą dlatego, że jesteś zazdrosny bez powodu, o byle co. Skończyłam już z tobą tą bezsensowną rozmowę, dziękuję - prychnęła, odsuwając mnie i wychodząc z budynku.
Przez chwilę stałem w miejscu, zastanawiając się, czy warto za nią iść. Z jednej strony to może skończyć się ostrą kłótnią, której oczywiście nie chcę, ale z drugiej… Cóż, może pomyśleć sobie, że się nią nie interesuje, przez co i tak się pokłócimy… Raz kozie śmierć.
Pchnąłem szklane drzwi, prowadzące na zewnątrz i zacząłem szukać wzrokiem dziewczyny. Stała kilkanaście metrów przede mną, na przejściu dla pieszych. Podszedłem do niej i złapałem za ramię.
- Zostaw mnie, nie mam ochoty z tobą rozmawiać. - Wyrwała się, przechodząc na drugą stronę jezdni.
- Ale ja mam ochotę porozmawiać z tobą i skończyć zaczętą rozmowę. Wiesz… - urwałem na chwilę, starając się znaleźć odpowiednie słowa. - Skoro wolisz go ode mnie, to dlaczego nadal ze mną jesteś? W ogóle się mną nie interesujesz, bo na pierwszym miejscu zawsze stawiasz jego.
- Ja nie interesuję się tobą? I wolę jego od ciebie? Dobre sobie. Skończ już, okej? Odezwij się, jak będziesz mówił normalne rzeczy.
- Ale taka jest prawda, Naty! Zrozum to! Wiecznie tylko Nate to, Nate tamto. A ja? Co ze mną? Może naprawdę powinniśmy zrobić sobie przerwę od siebie…
- Okej, jeśli tego chcesz, to nie ma problemu. Ale wiedz, że jesteś zwykłym idiotą. Idiotą, Maxi… - szepnęła, patrząc na mnie. Nie potrafiłem niczego wyczytać z jej oczu. Smutku, radości, bólu, szczęścia… Niczego.


Naty

Spojrzałam na niego ostatni raz, po czym odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Skoro właśnie tego chce - dostanie to. Myślałam, że wreszcie się zmienił, wydoroślał, jest gotowy na… prawdziwy związek. Ale nie, Maxi miałby wydorośleć? Śmieszne.
Prychnęłam pod nosem, a moje serce przyśpieszyło, jakbym się czegoś bała. Bo to prawda. Bałam się. Bałam się tego, co będzie dalej. Mimo wszystko - kocham go, bardzo go kocham i jakoś nie wyobrażam sobie ani jednego dnia bez świadomości, że on jest mój, a ja jestem jego. Bałam się tego, co się stanie, gdy wejdę do domu. Ostatnią rzeczą, którą bym chciała, to wejście do mojego pokoju, zamknięcie z hukiem drzwi, rzucenie się na łóżko i płakanie w poduszkę. A następnie dwutygodniowa „kuracja” polegająca na marnowanie czasu na oglądanie komedii romantycznych i jedzeniu lodów czekoladowych w wielkim pudełku.
Po moim policzku spłynęła łza, którą natychmiast otarłam wierzchem dłoni. Nie, nie będę płakać. Będę silna i nie dam mu tej satysfakcji, że zranił mnie kilkoma głupimi zdaniami. Nie.
Jesteś zbyt piękna, by płakać.


Francesca

- Fran, nie płacz, to tylko film - szepnął Marco, przytulając mnie mocniej.
- Ale taki piękny… Oni razem umarli… To takie cudowne - powiedziałam, ponownie zalewając się łzami.
- Tsa, oczywiście.
- Jesteś okropny, jak mogło cię to nawet nie wzruszyć? To najpiękniejszy film świata. - Uśmiechnęłam się delikatnie i otuliłam swoje ramiona kocem. - Dziękuję.
- Za co? - zapytał zdezorientowany, podnosząc się z kanapy, by pozbierać resztki popcornu z podłogi i stolika.
- Za to, że przyszedłeś. I za to, że wytrzymałeś ze mną do końca filmu. Ogólnie za wszystko. - Zsunęłam nogi z kanapy i włożyłam na swoje gołe stopy różowe, puchate kapcie. Wstałam i sięgnęłam ręką po miskę leżącą na stoliku. - Pomogę ci chociaż trochę.
Zaniosłam miskę do kuchni i włożyłam ją do zlewu. Opłukałam ją ciepłą wodą, po czym włożyłam do zmywarki. Stanęłam na palcach, by wyciągnąć z szafki dwa kubki. Gdy ją otworzyłam, poczułam na swojej talii dłonie Marco.
- Pomożesz? - zapytałam, uśmiechając się słodko. Chłopak sięgnął po dwa czerwone kubki i postawił je na blacie przede mną. - Dziękuję.
- Co będziesz robić?
- Gorącą czekoladę. Tą, którą tak bardzo lubisz. Ale musisz mi pomóc, dobrze?
Zamiast odpowiedzi usłyszałam cichy pomruk, a wibracje jego głosu odbijały się po skórze na mojej szyi. Wyciągnęłam z szafek wszystkie potrzebne produkty - oraz mały garnek - i rozłożyłam je na stole w odpowiedniej kolejności. Kubki odsunęłam na bok, a garnek postawiłam na kuchence. Zapaliłam gaz i wlałam do garnka mleko i śmietanę.
- Marco… - zaczęłam, łapiąc go za rękę. - Ty nadal ją kochasz, prawda?
Nie odezwał się. Stał za mną, więc nie mogłam go zobaczyć, lecz byłam pewna, że właśnie patrzy w podłogę. Rozluźniłam uścisk swojej dłoni na jego, przez co wyrwał ją i odsunął się delikatnie ode mnie. Stanął tyłem do szafek i opadł się dłońmi o blat. Westchnął i spojrzał a mnie spod swoich długich rzęs.
- To nie do końca ta…
- A jak? - przerwałam mu w pół zdania. - Jak, jeśli nie właśnie tak?
- A ty nadal kochasz jego, więc w czym widzisz problem? Sama dobrze wiesz, że to wszystko jest okropnie skomplikowane i wcale nie takie proste. Nad tym trzeba poważnie pomyśleć.
- Myślisz już nad tym co najmniej pół roku. Jeśli nie więcej. I to o wiele więcej. Kto wie, czy nie kochałeś jej już wcześniej, co? Bo kochałeś, prawda? - Wyłączyłam gaz i odwróciłam się w jego stronę. Spiorunowałam go wzrokiem, za co od razu się skarałam. Opuściłam głowę.
- Nie, nie kochałem. Fran, może…
- A ta tapeta w twoim telefonie? Masz ją ustawioną już dobre dwa lata. Dlaczego? - zapytałam dociekliwie.
- Była wtedy moją przyjaciółką, miałem prawo, tak? - Przytaknęłam skinieniem głowy, przez chwilę milcząc.
- Co nie zmienia faktu, że teraz podobno jej nie kochasz i, z tego co wiem, jestem twoją dziewczyną, a ty jej nadal nie zmieniłeś.
- Ugh, Fran, będziesz się czepiała głupiej tapety? To nic nie znaczy, daj spokój. - Wyciągnął telefon z kieszeni, pokazując mi jego wyświetlacz po kilkunastu sekundach. - Już, zmienione, zadowolona?
- A żebyś wiedział, że tak. I to bardzo. Co nie zmienia faktu, że nadal ją kochasz, prawda? Wcale jej nie nienawidzisz. Wręcz przeciwnie. Prawda? - warknęłam, podniesionym tonem.
- A nawet jeśli tak, to co z tego? A Leon? Nie kochasz go już? Bo coś nie wierzę - mruknął niezrozumiale. Odwróciłam się do niego plecami i westchnęłam. Wiedział, co powiedzieć, bym się zamknęła i w jakimś stopniu uspokoiła. Wiedział jaki temat zacząć, w który z czułych punktów trafić.
- Przepraszam… Eh, wiem jak jest, a niepotrzebnie się czepiam… Przepraszam - szepnęłam, zbierając się na odwagę, by spojrzeć mu w oczy. Po kilku sekundach to zrobiłam, lecz wcale nie widziałam w nich gniewu czy smutku. Podszedł bliżej i przytulił mnie.
- Wybaczam. Zauważyłem, że dziś nie masz humoru i jesteś jakaś rozdrażniona. Poza tym… masz prawo się na mnie o to złościć - wyszeptał w moje włosy i pocałował mnie delikatnie w czoło.
Uśmiechnęłam się i wtuliłam w jego klatkę piersiową. Otulił mnie mocniej ramionami, a ja mogłam poczuć ciepło bijące od niego.
- To… Nadal chcesz tą czekoladę? - zapytałam niepewnie. Atmosfera nieco się rozluźniła.
- Tak, oczywiście, że tak. - Uśmiechnął się, a ja odsunęłam się od niego i wróciłam do przygotowywania napoju.










Tak, tak, wiem. Rozdział miał być prawie trzy tygodnie temu, ale nastąpiła maleńka zmiana planów. Siostra niespodziewanie przyjechała, a widzę ją naprawdę rzadko, więc chciałam spędzić z nią jak najwięcej czasu, a w dodatku laptop był w naprawie ;/ 
No ale wróciłam z cudnym rozdziałem (pomińmy to, że rozwaliłam Naxi i pokłóciłam Marcescę). Obiecuję poprawę, naprawdę ;)
Do kolejnego rozdziału, skarby! x