wtorek, 29 lipca 2014

32. ~ "Jesteś zbyt piękna, by płakać."

Naty

- Będę baaardzo tęsknić, wiesz? - powiedziałam, przytulając mocno Nate’a.
Oboje staliśmy na środku lotniska. To jego ostatni dzień tutaj, w Buenos Aires. Wraca do USA i nie zapowiada się, by odwiedził mnie w ciągu najbliższych kilku miesięcy…
- Ja też, Naty. Ale przecież będziemy utrzymywać kontakt, prawda? - zapytał z lekkim uśmieszkiem, na co ja kiwnęłam głową.
Zrobię wszystko, by tym razem być bliżej niego. Postanowiliśmy, że będziemy pisać do siebie każdego wieczora e-mail, w którym opiszemy nasz cały dzień, wygadamy się, pośmiejemy. Jestem ciekawa, jak długo przetrwamy z takim czymś… Mam nadzieję, że wystarczająco długo.
Uśmiechnęłam się do Nate’a, a on od razu wyczuł, że mój uśmiech jest sztuczny. Jak mam się uśmiechnąć, skoro wyjeżdża? Myślałam, że zawita dłużej w naszym mieście, że zdążę go oprowadzić po najfajniejszych miejscach, wychodzić z nim wieczorem na miasto, do kina… Ale niestety. Eh, nie jestem dobra w pożegnaniach.
- Wiem, że to trudne, ale uśmiechnij się. Proszę. Ja się uśmiecham, widzisz? - Uśmiechnął się szeroko, czym od razu poprawił mi humor. Uwielbiam jego uśmiech. - To nie koniec świata, nie możesz się smucić.
Położył dłoń na moim policzku i przejechał po nim kciukiem. Odłożył walizkę na podłogę i przytulił mnie mocno.
- Hej… Jesteś zbyt piękna, by płakać. Naprawdę zbyt piękna - szepnął cichutko, całując mnie w głowę.
- Nie jestem piękna… - zaprzeczyłam, kręcąc przecząco głową. Mimo to, uśmiechnęłam się pod nosem.
- Jesteś. Mnie nie wierzysz?
- Wierzę. Nie mam ochoty tego mówić, ale idź już. Nie chcę, żebyś się spóźnił na samolot.
- Oczywiście, już idę. Jak będę na miejscu, to zadzwonię, dobrze? - Ostatni raz uśmiechnął się do mnie.
Uśmiechnął się tym swoim słodkim, rozbrajającym uśmiechem. Powtórzyłam jego gest, przytulając go, po czym podałam mu do ręki walizkę, której - znając jego - z pewnością by zapomniał. Zachichotałam, patrząc jak idzie tyłem i macha do mnie. Gdy był na tyle daleko, bym zgubiła go w tłumie, odwrócił się i zniknął wraz z uśmiechem…


Maxi

- Naty - szepnąłem, podchodząc do dziewczyny i obracając ją za ramię w swoją stronę. - Tak myślałem, że tu będziesz…
- Śledziłeś mnie? - zapytała, a w jej głosie słychać było odrobinę rozczarowania.
- Nie, oczywiście, że nie.
- To skąd mogłeś wiedzieć, że jestem w takim miejscu, jak to?
Dociekliwa dziewczyna z niej…
- Bo od kilku dni powtarzasz, że ten idiota wyjeżdża, więc spodziewałem się ciebie tylko i wyłącznie tutaj.
- On nie jest idiotą - żachnęła się, patrząc na mnie wzrokiem, który oznaczał u niej początek kłótni. Wyminęła mnie i zaczęła iść w kierunku wyjścia z lotniska. Ruszyłem za nią, przez co brunetka przyśpieszyła kroku.
- Naty. Nie złość się, przecież nic takiego nie powiedziałem. - Złapałem ją za rękę, którą ona natychmiast wyrwała z mojego uścisku. Zatrzymała się i stanęła przede mną.
- Nic takiego? A właśnie, że coś takiego. Wiesz, że jest moim najlepszym przyjacielem i jest dla mnie bardzo ważny. W dodatku nie będziemy się bardzo długo widzieć, a ty tak po prostu urządzasz te swoje sceny zazdrości i bezproblemowo nazywasz go idiotą - mówiła (jak na razie) spokojnym i cichym głosem. Wydawała się nie mieć ochoty i nastroju na jakiekolwiek sprzeczki, jednak ja wiedziałem, że to dopiero lekki wiatr, a za chwilę zacznie się burza z piorunami…
- Przepraszam, ale…
- Żadne „ale”, rozumiesz? - przerwała mi, a jej wzrok z sekundy na sekundę wydawał się być coraz to groźniejszy.
- Sama ostatnio nazywałaś go idiotą i jakoś ci to nie przeszkadzało!
- To były żarty, Maxi. Tylko żarty i nic poza tym. Ale wiesz… To ty jesteś idiotą. Jesteś idiotą dlatego, że jesteś zazdrosny bez powodu, o byle co. Skończyłam już z tobą tą bezsensowną rozmowę, dziękuję - prychnęła, odsuwając mnie i wychodząc z budynku.
Przez chwilę stałem w miejscu, zastanawiając się, czy warto za nią iść. Z jednej strony to może skończyć się ostrą kłótnią, której oczywiście nie chcę, ale z drugiej… Cóż, może pomyśleć sobie, że się nią nie interesuje, przez co i tak się pokłócimy… Raz kozie śmierć.
Pchnąłem szklane drzwi, prowadzące na zewnątrz i zacząłem szukać wzrokiem dziewczyny. Stała kilkanaście metrów przede mną, na przejściu dla pieszych. Podszedłem do niej i złapałem za ramię.
- Zostaw mnie, nie mam ochoty z tobą rozmawiać. - Wyrwała się, przechodząc na drugą stronę jezdni.
- Ale ja mam ochotę porozmawiać z tobą i skończyć zaczętą rozmowę. Wiesz… - urwałem na chwilę, starając się znaleźć odpowiednie słowa. - Skoro wolisz go ode mnie, to dlaczego nadal ze mną jesteś? W ogóle się mną nie interesujesz, bo na pierwszym miejscu zawsze stawiasz jego.
- Ja nie interesuję się tobą? I wolę jego od ciebie? Dobre sobie. Skończ już, okej? Odezwij się, jak będziesz mówił normalne rzeczy.
- Ale taka jest prawda, Naty! Zrozum to! Wiecznie tylko Nate to, Nate tamto. A ja? Co ze mną? Może naprawdę powinniśmy zrobić sobie przerwę od siebie…
- Okej, jeśli tego chcesz, to nie ma problemu. Ale wiedz, że jesteś zwykłym idiotą. Idiotą, Maxi… - szepnęła, patrząc na mnie. Nie potrafiłem niczego wyczytać z jej oczu. Smutku, radości, bólu, szczęścia… Niczego.


Naty

Spojrzałam na niego ostatni raz, po czym odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Skoro właśnie tego chce - dostanie to. Myślałam, że wreszcie się zmienił, wydoroślał, jest gotowy na… prawdziwy związek. Ale nie, Maxi miałby wydorośleć? Śmieszne.
Prychnęłam pod nosem, a moje serce przyśpieszyło, jakbym się czegoś bała. Bo to prawda. Bałam się. Bałam się tego, co będzie dalej. Mimo wszystko - kocham go, bardzo go kocham i jakoś nie wyobrażam sobie ani jednego dnia bez świadomości, że on jest mój, a ja jestem jego. Bałam się tego, co się stanie, gdy wejdę do domu. Ostatnią rzeczą, którą bym chciała, to wejście do mojego pokoju, zamknięcie z hukiem drzwi, rzucenie się na łóżko i płakanie w poduszkę. A następnie dwutygodniowa „kuracja” polegająca na marnowanie czasu na oglądanie komedii romantycznych i jedzeniu lodów czekoladowych w wielkim pudełku.
Po moim policzku spłynęła łza, którą natychmiast otarłam wierzchem dłoni. Nie, nie będę płakać. Będę silna i nie dam mu tej satysfakcji, że zranił mnie kilkoma głupimi zdaniami. Nie.
Jesteś zbyt piękna, by płakać.


Francesca

- Fran, nie płacz, to tylko film - szepnął Marco, przytulając mnie mocniej.
- Ale taki piękny… Oni razem umarli… To takie cudowne - powiedziałam, ponownie zalewając się łzami.
- Tsa, oczywiście.
- Jesteś okropny, jak mogło cię to nawet nie wzruszyć? To najpiękniejszy film świata. - Uśmiechnęłam się delikatnie i otuliłam swoje ramiona kocem. - Dziękuję.
- Za co? - zapytał zdezorientowany, podnosząc się z kanapy, by pozbierać resztki popcornu z podłogi i stolika.
- Za to, że przyszedłeś. I za to, że wytrzymałeś ze mną do końca filmu. Ogólnie za wszystko. - Zsunęłam nogi z kanapy i włożyłam na swoje gołe stopy różowe, puchate kapcie. Wstałam i sięgnęłam ręką po miskę leżącą na stoliku. - Pomogę ci chociaż trochę.
Zaniosłam miskę do kuchni i włożyłam ją do zlewu. Opłukałam ją ciepłą wodą, po czym włożyłam do zmywarki. Stanęłam na palcach, by wyciągnąć z szafki dwa kubki. Gdy ją otworzyłam, poczułam na swojej talii dłonie Marco.
- Pomożesz? - zapytałam, uśmiechając się słodko. Chłopak sięgnął po dwa czerwone kubki i postawił je na blacie przede mną. - Dziękuję.
- Co będziesz robić?
- Gorącą czekoladę. Tą, którą tak bardzo lubisz. Ale musisz mi pomóc, dobrze?
Zamiast odpowiedzi usłyszałam cichy pomruk, a wibracje jego głosu odbijały się po skórze na mojej szyi. Wyciągnęłam z szafek wszystkie potrzebne produkty - oraz mały garnek - i rozłożyłam je na stole w odpowiedniej kolejności. Kubki odsunęłam na bok, a garnek postawiłam na kuchence. Zapaliłam gaz i wlałam do garnka mleko i śmietanę.
- Marco… - zaczęłam, łapiąc go za rękę. - Ty nadal ją kochasz, prawda?
Nie odezwał się. Stał za mną, więc nie mogłam go zobaczyć, lecz byłam pewna, że właśnie patrzy w podłogę. Rozluźniłam uścisk swojej dłoni na jego, przez co wyrwał ją i odsunął się delikatnie ode mnie. Stanął tyłem do szafek i opadł się dłońmi o blat. Westchnął i spojrzał a mnie spod swoich długich rzęs.
- To nie do końca ta…
- A jak? - przerwałam mu w pół zdania. - Jak, jeśli nie właśnie tak?
- A ty nadal kochasz jego, więc w czym widzisz problem? Sama dobrze wiesz, że to wszystko jest okropnie skomplikowane i wcale nie takie proste. Nad tym trzeba poważnie pomyśleć.
- Myślisz już nad tym co najmniej pół roku. Jeśli nie więcej. I to o wiele więcej. Kto wie, czy nie kochałeś jej już wcześniej, co? Bo kochałeś, prawda? - Wyłączyłam gaz i odwróciłam się w jego stronę. Spiorunowałam go wzrokiem, za co od razu się skarałam. Opuściłam głowę.
- Nie, nie kochałem. Fran, może…
- A ta tapeta w twoim telefonie? Masz ją ustawioną już dobre dwa lata. Dlaczego? - zapytałam dociekliwie.
- Była wtedy moją przyjaciółką, miałem prawo, tak? - Przytaknęłam skinieniem głowy, przez chwilę milcząc.
- Co nie zmienia faktu, że teraz podobno jej nie kochasz i, z tego co wiem, jestem twoją dziewczyną, a ty jej nadal nie zmieniłeś.
- Ugh, Fran, będziesz się czepiała głupiej tapety? To nic nie znaczy, daj spokój. - Wyciągnął telefon z kieszeni, pokazując mi jego wyświetlacz po kilkunastu sekundach. - Już, zmienione, zadowolona?
- A żebyś wiedział, że tak. I to bardzo. Co nie zmienia faktu, że nadal ją kochasz, prawda? Wcale jej nie nienawidzisz. Wręcz przeciwnie. Prawda? - warknęłam, podniesionym tonem.
- A nawet jeśli tak, to co z tego? A Leon? Nie kochasz go już? Bo coś nie wierzę - mruknął niezrozumiale. Odwróciłam się do niego plecami i westchnęłam. Wiedział, co powiedzieć, bym się zamknęła i w jakimś stopniu uspokoiła. Wiedział jaki temat zacząć, w który z czułych punktów trafić.
- Przepraszam… Eh, wiem jak jest, a niepotrzebnie się czepiam… Przepraszam - szepnęłam, zbierając się na odwagę, by spojrzeć mu w oczy. Po kilku sekundach to zrobiłam, lecz wcale nie widziałam w nich gniewu czy smutku. Podszedł bliżej i przytulił mnie.
- Wybaczam. Zauważyłem, że dziś nie masz humoru i jesteś jakaś rozdrażniona. Poza tym… masz prawo się na mnie o to złościć - wyszeptał w moje włosy i pocałował mnie delikatnie w czoło.
Uśmiechnęłam się i wtuliłam w jego klatkę piersiową. Otulił mnie mocniej ramionami, a ja mogłam poczuć ciepło bijące od niego.
- To… Nadal chcesz tą czekoladę? - zapytałam niepewnie. Atmosfera nieco się rozluźniła.
- Tak, oczywiście, że tak. - Uśmiechnął się, a ja odsunęłam się od niego i wróciłam do przygotowywania napoju.










Tak, tak, wiem. Rozdział miał być prawie trzy tygodnie temu, ale nastąpiła maleńka zmiana planów. Siostra niespodziewanie przyjechała, a widzę ją naprawdę rzadko, więc chciałam spędzić z nią jak najwięcej czasu, a w dodatku laptop był w naprawie ;/ 
No ale wróciłam z cudnym rozdziałem (pomińmy to, że rozwaliłam Naxi i pokłóciłam Marcescę). Obiecuję poprawę, naprawdę ;)
Do kolejnego rozdziału, skarby! x

środa, 16 lipca 2014

31. ~ Sami, wolni, szczęśliwi.

Rozdział dedykowany Ari i Cookie 

Violetta

- Viola… Trzeba już wstawać. - Obudził mnie cichy i niewyraźny głos Leona, a po chwili poczułam, że całuje mnie delikatnie w nos.
Uśmiechnęłam się i otworzyłam lekko oczy. Stał nade mną z małą, drewnianą tacą w rękach. Leżał na niej talerz z trzema naleśnikami, a obok stała szklanka soku pomarańczowego. Postawił ją na szafce nocnej i usiadł obok mnie.
- Jeszcze pięć minut, proszę… - mruknęłam zaspanym głosem i schowałam się pod kołdrę.
- Violu, przykro mi, ale nie. Wstawaj, późno już.
- Która godzina?
Niechętnie odsunęłam od siebie kołdrę i przetarłam dłonią zmęczone oczy. Spojrzałam na Leona i ponownie się uśmiechnęłam. Nie miałam ochoty na nic, chciałam zostać w łóżku i przespać cały dzień, lecz jednak nie mogłam. O piętnastej mamy samolot do Buenos Aires. Podniosłam się z łóżka do pozycji siedzącej, a po chwili z powrotem na nie opadłam.
- Coś koło jedenastej, także masz trzy godziny na ogarnięcie się, zjedzenie śniadania i spakowanie. No już, szybciutko. - Wstał z łóżka i poszedł do kuchni.
Leniwie zwlokłam się z łóżka i ruszyłam w kierunku łazienki. Weszłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi na klucz. Spojrzałam w lustro. „Nie ma tragedii… Ale dobrze też nie jest” - pomyślałam i ściągnęłam z siebie bluzkę i spodnie od piżamy. Weszłam pod prysznic i odkręciłam kurek. Wzdrygnęłam się i pisnęłam cicho. Zimna. Po kilku sekundach strumień wody zaczął się ocieplać. Wzięłam do ręki żel pod prysznic i umyłam się szybko. Otworzyłam drzwi kabiny i wyszłam, zabierając z szafki ręcznik, którym szybko się owinęłam. Kolejny raz podeszłam do lustra. Starałam się nie zmoczyć włosów i udało mi się. Rozczesałam je i związałam w kucyk. Umyłam twarz i zęby, po czym zrobiłam sobie delikatny makijaż i uśmiechnęłam się do swojego odbicia w lustrze.
Odwróciłam się i uświadomiłam sobie, że nie wzięłam ze sobą żadnych ubrań. Nawet bielizny… Żeby wejść do pokoju muszę przejść obok kuchni, w której jest Leon, a ja… Ja jestem w samym ręczniku. Brawo, Violetta, zasługujesz na nobla.
Westchnęłam, poprawiłam ręcznik i przytrzymałam go ręką. Otworzyłam powoli drzwi i pobiegłam do pokoju. Wzięłam do ręki naszykowane wczorajszego dnia ubrania i szybko wróciłam do łazienki. Przy samych drzwiach wpadłam na Leona.
- Powoli, bo się wywrócisz i coś sobie zrobisz. - Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Zgromiłam go wzrokiem.
- Tak bardzo nie chciałam teraz na ciebie wpaść… Przepuścisz mnie?
- A magiczne słowo? - Uniósł brew i oparł się o drzwi.
- Proszę. - Patrzę na niego, robiąc słodką minkę.
- Tym magicznym słowem miało być „skarbie”, ale okej. - Odsunął się od drzwi i przepuścił mnie. - Proszę bardzo.
- A dlaczego miałabym na ciebie mówić „skarbie”, co? - Zaśmiałam się i weszłam do łazienki, z hukiem zamykając drzwi.
- Do tej pory tak mówiłaś - powiedział na tyle głośno, bym mogła go usłyszeć.
- Nie powiedziałam tak ani razu. Nie przypominam sobie.
- W nocy, przez sen, powiedziałaś tak co najmniej pięć razy. I kilka innych ciekawych rzeczy, ale to nie jest teraz ważne. - W jego głosie słyszę, że na jego twarz wpełza szeroki uśmiech. Rumienię się mocno.
- Ja?… Em, co jeszcze mówiłam? - zapytałam niepewnie.
- Nieważne. Coś. Może kiedyś się dowiesz. Viola, ale szybko, okej? Musisz jeszcze zjeść śniadanie i się spakować, a mamy coraz mniej czasu. - Po krótkiej chwili usłyszałam, że odszedł od drzwi.
Zsunęłam z siebie ręcznik i położyłam go na szafce. Ubrałam szybko bieliznę, a na nią turkusową, koronkową sukienkę. Spojrzałam ostatni raz w lustro. „Nawet znośnie” - szepnęłam do siebie i wyszłam z łazienki.
Weszłam do pokoju i ubrałam stojące przy drzwiach wejściowych beżowe botki na koturnie. Podeszłam do łóżka i usiadłam na nim. Zabrałam się za jedzenie śniadania. Po kilkunastu minutach weszłam z tacą do kuchni. Umyłam talerz i szklankę, po czym schowałam razem z tacą do szafki.
- Smakowało? - zapytał Leon, uśmiechając się do mnie.
- Bardzo. - Podeszłam do niego i pocałowałam go w policzek. Oczywiście po przyjacielsku… Chyba.
- Spakowana?
- Nie… - Zaśmiałam się i wróciłam do pokoju.


Godzinę później, lotnisko

Leon

Spojrzałem na Violettę siedzącą obok mnie na metalowej ławce. Uśmiechała się i wyglądała na zamyśloną. Uśmiechnąłem się lekko, przyciągając tym jej uwagę na siebie. Zarumieniła się i odwróciła wzrok.
- Leon, mogę cię o coś zapytać? - szepnęła niepewnie, jakby bała się mojej odpowiedzi. Kiwnąłem głową. - Co ty, do cholery, robiłeś rano w moim pokoju? - Zachichotała, machając nogami nad podłogą.
- Nie pamiętasz? Słabą masz głowę, nie pij tyle. - Zaśmiałem się, na co ona klepnęła mnie w ramię. - Przyszedłem do ciebie wczoraj wieczorem, przytuliłaś się do mnie i zasnęłaś, więc nie miałem zbytnio wyboru i zostałem.
- Ach, no tak… A właśnie, jeszcze coś. Bardzo wczoraj płakałam?
- Troszeczkę. Ale już lepiej, hm?
Przytuliła się do mnie mocno.
- Troszeczkę… A najdziwniejsze jest to, że ja naprawdę nic nie pamiętam… Jak za mgłą.
- Nic a nic? - Uśmiech w błyskawicznym tempie zniknął z mojej twarzy.
- W sumie kilka rzeczy pamiętam, na przykład to, co powiedziałeś… O to się nie martw, spokojnie.
Zamilknąłem na kilka minut. To… dobrze, że pamięta, tak? Chyba. Zależy co o tym myśli. I czy nadal mnie kocha. Tak, jak kiedyś… Chciałbym. Bardzo. Ale przecież nie można mieć wszystkiego. A na nagrody trzeba sobie zasłużyć. Ona jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało i ponowne zostanie jej chłopakiem byłoby dla mnie w pewnym sensie nagrodą. Na którą zdecydowanie nie zasłużyłem… Nie po tym wszystkim.
Zerknęła na mnie spod swoich długich, pięknych rzęs i uśmiechnęła się delikatnie. Na jej policzkach pojawiły się duże rumieńce. Złapała mnie za rękę, lecz po niedługiej chwili ją puściła.
- Mam jeszcze jedno pytanie… - powiedziała cicho, patrząc na swoje buty, czym próbowała uniknąć mojego wzroku. - My… Co z nami? Jesteśmy razem? Bo wczoraj… - Głos jej się nieco trząsł. Przytuliłem ją mocniej do siebie.
- A chciałabyś?
- Bardzo. - Uniosła głowę, patrząc na mnie wyczekującym wzrokiem.
- W takim razie tak. Skoro chcesz, to tak.
Uśmiechnęła się szeroko i znowu złapała mnie za rękę. Splotła nasze palce razem i oparła głowę na moim ramieniu. Pocałowałem jej czoło i również się uśmiechnąłem.
- Viola…?
- Tak?
- Kocham cię. 


Ludmiła

Stałam tuż przed nim, ale nie potrafiłam na niego spojrzeć. Wbiłam wzrok w drewnianą podłogę, zastanawiając się, co zrobi. Wiedziałam do czego jest zdolny. Poczułam, że Federico mocniej ściska moją dłoń. Zadziałało to na mnie kojąco i uspokajająco, lecz mimo wszystko moje serce nadal biło jak oszalałe. Uniosłam głowę i odważyłam się spojrzeć w oczy mojego ojca. Nie widziałam w nich nic dobrego, wręcz przeciwnie…
- Odejdź od mojej córki i wyjdź z mojego domu - powiedział, patrząc rozzłoszczonymi oczami na Federico.
Właśnie tego bałam się najbardziej na świecie i to od dawna - konfrontacji mojego ojca z Federico. To nie mogło skończyć się inaczej niż po prostu źle.
Zaczęły trząść mi się dłonie, przez co Federico mocno objął mnie ramionami. Byłam mu wdzięczna za to, że jeszcze nie uciekł i wspierał mnie.
- Jeszcze w życiu nie widziałem tak brudnej kuchni… Jak tak można… - Co chwilę słyszałam, jak mamrotał coś pod nosem, po czym przenosił wzrok na mnie i Fede, i dosłownie nas nim zabijał.
Odwróciłam wzrok i opuściłam głowę. Bałam się. Okropnie się bałam tego, co się stanie, co zrobi. Co ja zrobię.
- Jeżeli natychmiast stąd nie wyjdziesz, to nie będzie wesoło. Ostatni raz powtarzam, żebyś wyszedł z mojego domu! - krzyknął do chłopaka, a ja otworzyłam usta, by coś powiedzieć.
Myślałam przez kilka sekund, co byłoby najbardziej odpowiednie.
- Tato, uspokój się… Federico nic nie zrobił, to nie jego wina. Odpuść, zawsze robisz to samo. Nic takiego się nie stało, za chwilę posprzątamy - powiedziałam cichym głosem.
- Nie z tobą rozmawiam, zamknij się - warknął, a w moich oczach momentalnie pojawiły się łzy.
- Nienawidzę cię, wiesz? Zawsze jest tak samo, zawsze jesteś tak samo okropny! Od kiedy mama umarła stałeś się… Potworem.  Dosłownie…
Przez chwilę patrzyłam na niego niepewnie. Chyba powiedziałam trochę za dużo… Po niecałej sekundzie poczułam pieczenie na moim rozgrzanym policzku. Dotknęłam go dłonią, a w oczach pojawiły się łzy, które uniemożliwiły mi widzenie tego, co się dzieje. Usłyszałam jedynie głośne trzaśnięcie drzwiami.
- Lu, skarbie… - szepnął Federico, przyciągając mnie do siebie i przytulając mocno. Wybuchnęłam głośnym płaczem, przy okazji mocząc mu koszulkę łzami. - Nie płacz, proszę cię. Boli mnie serce, gdy widzę, jak płaczesz. - Otwarł kciukami łzy z moich policzków i ponownie mnie przytulił. - Bardzo boli?
- Troszeczkę… - szepnęłam, ledwo słyszalnym głosem.
Zauważyłam, że otwiera lodówkę i wyjmuje woreczek z lodem z zamrażalnika. Podał mi go do ręki, a ja natychmiast przyłożyłam zimny lód do policzka. Wzdrygnęłam się lekko, a po chwili poczułam ulgę.


Federico

- Zabić go, to mało. Jak mógł cię uderzyć? Własną córkę… To chore - szepnąłem, patrząc na Ludmiłę z troską w oczach. Jej policzek był nieco zaczerwieniony, a oczy spuchnięte i mokre od płaczu.
Przytuliłem ją mocno do siebie, całując ją we włosy. Chciałbym zabrać ją od tych wszystkich problemów, gdzieś daleko stąd. Gdzieś, gdzie będziemy sami, wolni, szczęśliwi. Tylko ja i ona. Ale na to musimy jeszcze niestety trochę poczekać.
- Nienawidzę go z całego serca - powiedziałem, gładząc jej plecy.
- Ja też, Fede. Ja też.
- Mam pomysł. Samej cię tutaj nie zostawię, więc zostaniesz u mnie na kilka dni, a ja pomyślę, co dalej. Daj mi ten lód i idź spakować najpotrzebniejsze rzeczy. - Zabrałem woreczek lodu z jej ręki i schowałem go z powrotem do zamrażalnika.
- Federico, ale mój oj…
- On mnie nie interesuje. Idź się spakować, albo ja to zrobię. No już, szybciutko! - ponagliłem ją, machając ręką w stronę drzwi kuchni.
Dziewczyna posłusznie poszła do swojego pokoju, uśmiechając się delikatnie. Kiedy ona się pakowała, ja zdążyłem doprowadzić kuchnię do stanu używalnego. Gdy Ludmiła weszła do kuchni, otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
- Nie spodziewałaś się, że twój chłopak tak ładnie sprząta? - Zaśmiałem się, biorąc torbę z jej rąk. Ona tylko pokiwała głową i uśmiechnęła się.
- Dziękuję.
- Za co? Jeśli chodzi to o to, że zabieram cię do siebie, to naprawdę nic takiego, nie musisz mi dziękować. Po prostu się o ciebie martwię, nie chcę, by coś ci zrobił. - Położyłem dłoń na jej policzku, uśmiechnąłem się ciepło i złożyłem delikatny pocałunek na jej miękkich ustach.
- Nie za to. Chociaż też. Ale ogólnie za wszystko. Za to, że jesteś, że mnie kochasz… Dziękuję.
Kolejny raz tego dnia uśmiechnąłem się do niej i złapałem jej dłoń. Złączyłem nasze palce, po czym wyszliśmy z jej domu.
Sami, wolni, szczęśliwi. Tylko ja i ona.










Mówiłam, że dodam i słowa dotrzymałam ;) 
Także witam Leonettą i Fedemilą, a co dziwniejsze ten rozdział jest jednym z niewielu, który nawet mi się podoba. I jestem z niego bardzo zadowolona. 
Z góry przepraszam wszystkich, którzy musieli czekać aż trzy tygodnie na rozstrzygnięcie wątku z Fedemiłą, ale mam nadzieję, że taki fragment was satysfakcjonuje. 
Kolejny rozdział - jak już wspominałam - powinien pojawić się pod koniec tygodnia. Niestety dokładnej daty nie podam, nie wiem, jak to wyjdzie.

Widzimy się przy kolejnym rozdziale, ciao xx

wtorek, 15 lipca 2014

Informacje

Witam po trzytygodniowej nieobecności ;) Za którą bardzo przepraszam. Z góry mówię, że przez dwa tygodnie nie miałam internetu, jedynie GG w telefonie raz na jakiś czas działało. Ostatni tydzień miałam dość zawalony różnymi sprawami, w tym także blogowymi.

(linki zaznaczone są dużymi literami c;)

Co do bloga:

  • po prawej stronie pojawiły się dwie nowe zakładki ("O AUTORCE" oraz BOHATEROWIE TRZECIEGO OPOWIADANIA); zapraszam do odwiedzenia :)
  • w tym tygodniu przewidywane są dwa rozdziały, ale niczego nie obiecuję, bo mogę się opóźnić o kilka dni;
  • obecne opowiadanie planuję skończyć na 35 rozdziale + epilog, lecz w każdej chwili może się to zamienić na 40 + epilog;
  • skoro już o ilości, to trzecie opowiadanie jest przewidywane na 30 rozdziałów + prolog i epilog; niestety mało, ale to też może ulegnąć zmianie;
To na tyle z informacji. Pytania możecie zadawać TUTAJ (odpowiedzi pojawią się na stronie głównej), a także możecie do mnie pisać na GG lub na maila :)

Na razie, do kolejnego rozdziału xx

poniedziałek, 23 czerwca 2014

30. ~ "Nie zrobiłeś tego..."

Violetta

Zatrzasnęłam drzwi i odwróciłam się, by po chwili rzucić się na łóżko i płakać. Dlaczego moje życie nie może być usłane różami i pełne wspaniałych chwil wyrwanych z filmów romantycznych? Dlaczego to wszystko musi być takie trudne? Im bardziej o tym myślę, tym bardziej moje życie nie ma żadnego sensu.
Myślałam… Byłam prawie pewna, że Marco mnie kocha. Pomagał mi, kiedy próbowałam odzyskać Leona, zachował się jak prawdziwy przyjaciel. Pocieszał, kiedy myślałam, że nie ma już żadnych szans. Wspierał mnie wtedy, gdy tego potrzebowałam, gdy Leon kolejny raz okazywał się dupkiem. Obiecywał, że nigdy mnie nie zostawi. Wmawiał, że jesteśmy dla siebie stworzeni. A potem? Tak po prostu wrócił do Francesci. Jestem głupia. Mogłam to przewidzieć, od początku kochał właśnie ją. Poza tym, jak mogłam tak naiwnie pomyśleć, że nareszcie wszystko się ułoży? Przecież w moim życiu nic nie może być takie, jakie powinno.
I nagle, jak na zawołanie, przez moją głowę przewinęły się wszystkie wspomnienia dotyczące Marco. Te piękne i te straszne. To tylko sprawiło, że miałam jeszcze większą ochotę zamknąć się w pokoju i wypłakać wszystkie łzy.
Wstałam i poszłam do łazienki, po chwili wróciłam z pudełkiem chusteczek i usiadłam na łóżku. Usłyszałam ciche pukanie. Czy ten idiota naprawdę nie rozumie, że nie mam zamiaru go widzieć ani z nim rozmawiać?! Mam tego wszystkiego dość. Myślałam, że wyraziłam się jasno, nienawidzę go i nie chcę mieć z nim nic wspólnego!
                - Wynoś się! Kazałam ci wyjść! Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać! - krzyknęłam przez łzy. Uniosłam dłonie do twarzy i poczułam gorąco. Moje oczy były spuchnięte od ciągłego płaczu.
                - Violetta… - na dźwięk jego głosu zadrżałam. Po chwili uświadomiłam sobie, że za drzwiami stoi zielonooki szatyn.
                - Otwarte… - pociągnęłam nosem, łapiąc oddech. Sięgnęłam po chusteczkę. - Wejdź, Leon…
                Chłopak zrobił to, o co poprosiłam i po chwili znalazł się w pomieszczeniu. Uniosłam głowę, by spojrzeć mu w oczy, ale nie byłam w stanie. Odwróciłam głowę i ukryłam twarz w dłoniach, głośno szlochając. Szatyn podszedł do łóżka, na którym siedziałam i zajął miejsce obok mnie. Poczułam jak jego silne ramiona oplatają mnie, zamykając w uścisku. Wtuliłam się w niego, nie przestawiając płakać. Delikatne palce chłopaka gładziły moje czoło, policzek i włosy.
                Przejechał dłonią po moim ramieniu, powodując przyjemny dreszcz, który przeszedł po całym moim ciele. Wreszcie splótł swoje palce z moimi i poczułam ciepło i bezpieczeństwo bijące od niego.
                Łzy kreśliły drogę wzdłuż mojego nosa, nawilżając spierzchnięte usta i kończąc swoją podróż na linii brody. Skapywały jedna po drugiej, jak wspomnienia, których chciałam się pozbyć. Zaczęłam szlochać jeszcze bardziej i mocniej wtuliłam się w Leona. On tylko westchnął głęboko.
                - Violetta… - Spokojnie i powoli wypowiedział moje imię.
                Uścisk chłopaka pogłębił się tak, że prawie straciliśmy zdolność do oddychania. W jego ramionach było mi tak dobrze, że nie zwróciłam na to uwagi. I tak nie przestałam płakać. Chciałam krzyczeć, a on wciąż gładził mnie po włosach i plecach.
                - Już dobrze, dobrze… - powtarzał.
                - Nie, nic nie jest dobrze. Myślałam, że on mnie kocha!
                - Nie, Viola. Nie warto. Zapomnij o nim.
                Ścisnął moją rękę, na co głębiej odetchnęłam. Drugą ręką natomiast przestał gładzić moje ramię i położył ją na moim udzie. Znów poczułam przyjemne ciepło. Nie wiem, co ja bym bez niego zrobiła, tak się cieszę że go mam. Tylko on potrafi mnie pocieszyć. Dokładnie wie, co mówić, robić...
                - Leon… - zająknęłam się. Starałam się za wszelką cenę powstrzymać płacz.
                - Violetta… - powtórzył kolejny raz. - Będzie dobrze, przejdziemy przez to razem. Ja cię nie zostawię.
                Odsunęłam się i spojrzałam na niego smutno. Już to kiedyś słyszałam, nawet nie raz… Chłopak skrzywił się, nie rozumiejąc, o co mi chodzi. Po chwili zorientował się, co się stało. Wstał, ale tylko po to, by po chwili uklęknąć przede mną.
                Objął moje nogi i zbliżył się jeszcze trochę. Uniósł głowę, by spojrzeć mi w oczy.
                - Co ty… Nie wygłupiaj się… Wstań - powiedziałam, choć tak naprawdę miałam ochotę śmiać się i skakać ze szczęścia. Nie spodziewałam się, że będzie mnie przepraszać na kolanach.
                - Nie. Nie zostawię cię. Kocham cię i zrobię dla ciebie wszystko.
                - Wierzę ci… Leon… - westchnęłam cicho.
                Chłopak niespokojnie się poruszył. Odsunęłam się i zajęłam miejsce na łóżku. Szatyn po chwili pojawił się obok mnie. Schyliłam się, by się położyć. Ułożyłam głowę na jego kolanach, tuż obok brzucha. Poczułam jego ręce na ramionach, plecach i brzuchu. Łzy przestały spływać po mojej twarzy. Co ja wyprawiam? Jeszcze przed chwilą byłam zrozpaczona, a teraz… Nieważne. Najważniejsze, że jest mi dobrze. Czuję się bezpieczna i szczęśliwa. W takiej pozycji mogłabym spędzić resztę życia, w ramionach Leona. Uśmiechnęłam się. Mruknęłam cicho i nie pamiętam kiedy, zasnęłam. Jednak po raz pierwszy od dawna nie siły mi się koszary, mogłam spać spokojnie, a to tylko dzięki Leonowi.


Ludmiła

Spacery po całym domu nagle znów zaczęły sprawiać mi przyjemność. Podskakiwałam radośnie i podrygiwałam śpiewając ulubioną piosenkę:

Non so se va bene,
Non so se non va.
Non so se tacere o dirtelo ma.

Le cose che sento 
Qui dentro di me,
Mi fanno pensare 
Che l'amore é cosi.

Myśl o tym, że sprawy między mną, a Federico wreszcie przybrały pozytywny obrót i wszystko sobie wyjaśniliśmy sprawia, że znów chce mi się żyć. Prawie go straciłam, a to tylko przypomniało mi jak bardzo go kocham. W ogóle ostatnio wszystko zaczyna się układać. Cóż, przynajmniej ojciec wyjechał na kilka dni, więc mogę zapomnieć o kłótniach, przez które zawsze płaczę. Wiem, że wróci niedługo, ale postanowiłam cieszyć się chwilami spędzonymi w spokoju, najlepiej w towarzystwie Federico.
                Siedziałam na kanapie w salonie, bezczynnie wpatrując się w sufit. Tym razem był to nie tylko efekt nudy, ale również chwila wytchnienia. Spojrzałam na zegarek. Minęły już dwie godziny, odkąd ostatni raz to zrobiłam. Odliczałam sekundy, minuty i godziny do następnego dnia. Umówiłam się z Fede i nie mogłam się doczekać, kiedy go wreszcie zobaczę.
                Jak na zawołanie w całym domu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Zdziwiona wstałam i podeszłam, by je otworzyć i sprawdzić kto przyszedł. Nacisnęłam klamkę i szeroko się uśmiechnęłam. Szybko zamknęłam usta i zaczerwieniłam się. Nie mogę nic poradzić na to, że gdy go widzę miękną mi kolana, a ciało odmawia posłuszeństwa.
                - Niespodzianka! - usłyszałam i ocknęłam się z transu wypełnionego jego uśmiechem. Chłopak stał przede mną trzymając w prawej ręce woreczek mąki, a w lewej dwie tabliczki czekolady. Spojrzałam na niego zdziwiona.
                - Czekoladę wezmę, ale mąkę możesz zabrać z powrotem - zachichotałam.
                - Zwariowałaś? Pieczemy babeczki! - wrzasnął zachwycony własnym pomysłem. Ominął mnie i ruszył do kuchni.
                Zaczął otwierać wszystkie szafki oraz lodówkę w poszukiwaniu składników. Ja jednak stałam wciąż na swoim miejscu i przyglądałam się jego poczynaniom. Nie miałam pojęcia, co robić, ale postanowiłam tego nie pokazywać. Na początku nawet nie zauważył mojej nieobecności w kuchni, ale po chwili wyszedł z niej zaskoczony.
                - Będziesz tu stać z założonymi rękami? - udał zdenerwowanego, ale po chwili się zaśmiał.
                - Tak. Nie zamierzam nic gotować - mruknęłam stanowczo.
                - Dlaczego? - spojrzał na mnie zrezygnowany.
                - Bo zapomniałeś o najważniejszym.
                - O czym?! - Tym razem niczego nie udawał, stał zmartwiony, zastanawiając się, o czym mógł zapomnieć. Miałam ochotę się zaśmiać, ale musiałam utrzymać pokerowy wyraz twarzy. Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem.
                - Zapomniałeś mnie pocałować, głuptasie! - wrzasnęłam i wybuchłam śmiechem.
Jego reakcja była bardzo zabawna. Pokiwał głową, ale widziałam, że uśmiechnął się pod nosem. Stanęłam tuż przed nim i teatralnie obróciłam głowę, wystawiając policzek. Nie wytrzymałam tak długo. Odwróciłam się, by natrafić na jego rozbawiony wzrok. Ujął moją twarz w dłonie, po czym delikatnie mnie pocałował. Odsunęłam się i uśmiechnęłam triumfalnie.
                - No, teraz możemy piec! - ruszyłam do kuchni. Federico szedł tuż za mną.
                Stanęłam przed lodówką, by wyjąć z niej jajka, których chłopak wcześniej nie mógł znaleźć. On zatrzymał się przy blacie, próbując otworzyć woreczek z mąką. Podeszłam do niego, by mu pomóc.
                - Pokaż, ty nie umiesz... - zaśmiałam się i przejechałam ręką po jego włosach.
                - Ja nie umiem?! Jeszcze zobaczysz. - Wyrwał mi z rąk mąkę i otworzył worek, a jego zawartość rozsypała się dookoła.
                - No nie umiesz… - próbowałam stłumić śmiech. Chłopak odwrócił się, udając zdenerwowanie. Podeszłam do niego, by go przytulić, a w tym momencie poczułam na twarzy biały proszek. - Nie zrobiłeś tego… - spojrzałam na niego wściekła.
Chwyciłam w dłoń garść mąki i z całej siły w niego rzuciłam. Po chwili nie robiliśmy nic poza śmianiem się i uciekaniem przed sobą po całej kuchni. Dawno się tak dobrze nie bawiłam. Nagle zatrzymałam się tuż obok blatu, a chłopak stanął po jego drugiej stronie. Spojrzałam smutno na stół.
                - Co się stało? - Federico wydawał się być zmieszany, ale też bardzo zmartwiony.
                - Mąka się skończyła i nici z naszych babeczek… - westchnęłam. Fede okrążył stół i stanął za mną, obejmując mnie.
                - Nic nie szkodzi - szepnął mi do ucha. - To i tak był jeden z najlepszych dni w moim życiu.
Odwróciłam głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy. Uśmiechnęłam się, co miało znaczyć „Mój też” i stanęłam na palcach, by go pocałować. Oddał pocałunek, mocno mnie obejmując.
Nagle usłyszałam jakiś dziwny dźwięk. Niechętnie odsunęłam się od chłopaka. Ten spojrzał na mnie zdziwiony.
                - Ktoś jest w domu… - wyszeptałam tak, by tylko on usłyszał.

Przez głowę przelatywały mi najczarniejsze scenariusze, aż wreszcie zatrzymałam się na jednym z nich i zakręciło mi się w głowie. Federico od razu znalazł się za mną, przytrzymując mnie, bym nie zemdlała. To przecież nie możliwe, jeszcze nie dziś… W całym pomieszczeniu rozległ się dźwięk rzucanych kluczy. Po chwili wysoki mężczyzna pojawił się w kuchni. Tylko nie to… Rozejrzał się, spojrzał na mnie oschle i zatrzymał swój wzrok na Federico. Patrzyłam na niego przestraszona.
                - Natychmiast wyjdź z mojego domu.










Hej, hej, hej! Rozdział trzydziesty... Szybko poszło, bardzo szybko. Dwie słodkie scenki, tyle że jedna zniszczona. Naprawi się, spokojnie. :)
Wielkie brawa dla Magdy za napisanie całego rozdziału <3 Dziękuję, kochana x
Także za Fedemilę ją zabijać, a nie mnie xd
Koniec roku, wakacje. Będę miała trochę więcej czasu, ale niczego nie obiecuję. 
W przeciągu najbliższego tygodnia na obu blogach pojawią się bohaterowie. :)
To na tyle, do kiedyś tam <3

piątek, 6 czerwca 2014

29. ~ Chłopak, przyjaciel czy może wróg?

Violetta

Mój słodki sen przerwały rażące po oczach promienie słońca, które leniwie przedzierały się przez różowe zasłony w moim pokoju. Przetarłam dłońmi oczy, spoglądając na zegarek wiszący na ścianie. Już po dziewiątej, za dwie godziny zaczynam zajęcia. Niechętnie podniosłam się z łóżka i ledwo przytomna powlokłam się do łazienki. Nie powinnam rozmawiać z Leonem przez telefon prawie do trzeciej w nocy… Zachichotałam na to wspomnienie. Spojrzałam w lustro i skrzywiłam się. Zarywanie nocy zdecydowanie mi nie służy. Wzięłam szybki prysznic, po czym owinęłam się w biały, ciepły szlafrok. Zrobiłam sobie delikatny makijaż, który dobrze zakrył sińce pod oczami, a włosy zakręciłam lekko na lokówkę i związałam w wysoki kucyk. Wróciłam do pokoju, by wybrać ubrania na dziś.
Znalazłam w szafie swoją starą sukienkę, którą miałam na sobie jedynie raz. Dostałam ją od taty na siedemnaste urodziny. Powinna być jeszcze na mnie dobra. Ubrałam ją szybko i przejrzałam się w lustrze. Leży jak ulał, pomyślałam.
Została uszyta na miarę i bardzo mi się podoba. Ma piękny kwiecisty wzór oraz śliczne pastelowe kolory. Wykończona jest jasnymi tasiemkami i koronkami.
Jest po prostu cudowna.
Ubrałam do tego białe sandały na koturnie, a na ramiona nałożyłam krótką kurteczkę w tym samym kolorze. Ma być dzisiaj trochę chłodniej, więc wolę ją ubrać. Zgarnęłam z komody moją torebkę i wyszłam z pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi na klucz i zbiegłam na dół do kuchni.
- Czy moja księżniczka ma ochotę na pyszne śniadanko? - zawołała słodko Olga, wyciągając grzanki z tostera.
- Przepraszam, Oglita, ale nie. Idę z Leonem na śniadanie.
- Ooo, pogodziliście się i idziecie na randkę! - krzyknęła, na co ja pokręciłam przecząco głową. Do kuchni wszedł mój tata.
- Na jaką randkę? - zapytał, siląc się na obojętny ton. Wziął jedną z grzanek i położył na swoim talerzu.
- Nie idę na żadną randkę - jęknęłam głośno. Oboje zrobili miny niedowiarków. - Idę z Leonem na zwykłe śniadanie, jak zawsze.
- Przez ostatnie dwa tygodnie nie było to „zawsze” - burknął z uśmiechem.
- Bo byliśmy pokłóceni o… Nieważne. A, miałam ci powiedzieć, wam powiedzieć, że przeszłam do finału i za dwa dni wyjeżdżamy - powiedziałam beznamiętnie.
- To wspaniale, kochanie! Moja mała kruszynka, tak bardzo się cieszę!
- Olgita, to nic takiego. Zwykły konkurs. - Uśmiechnęłam się cierpko i nalałam sobie sok pomarańczowy do szklanki.
                Upiłam łyka, spoglądając na zdziwionego ojca. Zdecydowanie nie miałam humoru i nawet nastroju do takich rozmów. Zawsze cieszyłam się najmniejszym konkursem, a co dopiero You-Mix… Usłyszałam dzwonek do drzwi, który wyrwał mnie z zamyśleń.
                - To pewnie Leon. Wrócę po obiedzie, nie czekajcie na mnie. Cześć! - Wsunęłam torebkę na ramię i popędziłam do drzwi. Otworzyłam je, lecz nikt za nimi nie stał. Wyszłam z domu, chowając klucze do torebki.
                Leon czekał na mnie przed bramą. Na twarzy miał wymalowany chytry uśmieszek. Zauważyłam, ze chował coś za plecami. Podeszłam do niego i pocałowałam w policzek.
- Dzień dobry - odpowiedział mi z szerokim uśmiechem. - To co mi kupiłaś, hmm?
Spojrzałam na niego zaskoczona. On wczoraj mówił serio? Będzie problem…
- Przecież żartuję - odrzekł, widząc moje zakłopotanie. - Ale ja mam coś dla ciebie. W końcu obiecałem, prawda? A ja słowa dotrzymuję. - Wyciągnął zza pleców małego pluszowego misia. - Miś dla mojego misia.
Uśmiechnęłam się szeroko na te słowa. Podał mi go do ręki, a ja uważnie zbadałam go miśka wzrokiem. Był cały brązowy i miał zielone oczy. Jak Leon… Słodko się uśmiechał, a w rękach trzymał duże, czerwone serce.
- Naciśnij - szepnął.
Nacisnęłam delikatnie na brzuch pluszaka, jakbym bała się tego, co za chwilę miałam usłyszeć. Bo rzeczywiście tak było. Usłyszałam ciche „kocham cię”, po czym mój uśmiech zdecydowanie się poszerzył.
- Dziękuję - powiedziałam niepewnie, wciskając misia do torebki. Wyciągnęłam z niej kilka kartek.
- Wyspana? - Przytaknęłam cicho, podając mu jedną z nich.
- Dokończyłam wczoraj piosenkę. Dodałam muzykę i dopisałam jedną zwrotkę. Poprawiłam też trochę refren, bo coś mi tam nie pasowało. A tu - wskazałam na mniejszą kartkę. - Mam kawałek układu. Niedokończony, bo już nie miałam żadnych pomysłów.
- A ja co będę robił? - Zaśmiał się. - Zbyt dużo pracujesz.
- To nic takiego. Miałam pomysł i musiałam to wykorzystać. A ty możesz coś poprawić, ewentualnie dopisać. No i dokończysz układ.
- No oczywiście, czarną robotę zostaw mi. - Ponownie usłyszałam jego śmiech. - Przejrzę to później, w Studio, a teraz idziemy coś zjeść. Pewnie jesteś głodna, co?
Przytaknęłam i obejrzałam się wokół siebie. Miałam wrażenie, że ktoś nas obserwuje.
- Wszystko dobrze? - zapytał, a w jego głosie słyszałam wyraźną troskę. To słodkie.
- Tak, jasne. Tylko… trochę się denerwuję. Muszę porozmawiać z Marco. Poważnie. I z tobą też, ale najpierw z nim. Wolałabym zrobić to później, po wyjeździe, bo pewnie teraz się przygotowują, a nie chcę im przeszkadzać…
- Och…
To była nasza ostatnia rozmowa przez cały ranek. Może nie powinnam była mu tego mówić? Zwykle podczas naszych śniadań, a także w drodze do Studio był strasznie rozgadany. Teraz nie odezwał się ani słowem. Nawet chyba nie słuchał tego, co mówiłam.


Camila

- Nie, Fran. To nie ma sensu, zrozum. W y j e c h a ł - jęknęłam, opadając bezsilnie na ławkę.
- Zadzwoń do niego, co ci szkodzi? Wyjechał, ale to nie znaczy, że obraził się na ciebie z tego powodu.
- Gdyby mu na mnie zależało, to sam by zadzwonił, napisał maila, cokolwiek. Ale od prawie trzech tygodni tego nie zrobił, więc po co mam zawracać mu głowę? Pewnie teraz nagrywa piosenkę i nawet nie ma czasu na myślenie o mnie… Wyjechał prawdopodobnie na zawsze, a jak nie, to na kilka lat. Chciałabym, ale nie mogę na niego tak długo czekać…
Łza spłynęła powoli po moim policzku. Było już tak dobrze, mieliśmy tyle planów na przyszłość. Nawet bardzo daleką przyszłość. Aż tu nagle wyskakują mu z propozycją zostania gwiazdą You-Mix’u. On tak po prostu się zgodził, bez uzgodnienia tego ze mną. Ale w sumie co miał ze mną uzgadniać? Pytać o pozwolenie? To jego życie, robi co chce. Ja na jego miejscu chyba zrobiłabym to samo. Znaczy najpierw powiedziałabym mu o tym, zamiast ukrywać taką wiadomość przez równy miesiąc. I pomyślałabym o tym, jak może się w tej sytuacji czuć.
Dopiero teraz zauważyłam, że byłam i pewnie nadal jestem dla niego tylko ciężką kulą u nogi…



Trzy dni później…

Violetta

- Wiesz, gdzie Marco? - zapytałam Leona, gdy wychodził zza kurtyny.
- Za kulisami, przed chwilą z nim rozmawiałem.
Mruknęłam ciche "dzięki", weszłam po schodach na scenę i poszłam za kulisy.
- Marco, chcia... - przerwałam, gdy spojrzałam w jego stronę.
Wybiegłam stamtąd najszybciej, jak się dało, przy okazji wpadając na Leona. Wyminęłam go i ruszyłam w stronę garderoby, którą dzieliłam wraz z włoszką.
Całował się z Francescą.
Jak on mógł to zrobić? Myślałam, że jest inny. Że nigdy mnie nie zrani, a co dopiero wspominać o zdradzie. Na pewno nadal żywi do niej jakieś uczucia, ale... Jesteśmy razem od dość dawna. Te wszystkie słowa, obietnice... Nagle przestały dla niego mieć jakiekolwiek znaczenie? Wczoraj mówił, że od dawna chciał mnie zabrać do Paryża, ponieważ to miasto miłości. Mówił, że chciałby mnie zabrać na samą górę Wieży Eiffla na romantyczną kolację o zmierzchu. A teraz nagle przez przypadek widzę, jak m ó j  c h ł o p a k całuje się z m o j ą  p r z y j a c i ó ł k ą.
Całował się z Francescą.
To boli. Okropnie boli. Poczułam się, jakby ktoś wbił mi nóż prosto w serce. Nadal mam przed oczami tą scenę. Nadal nie mogę uwierzyć, że to zrobił. Nadal próbuję wmówić sobie, że może to ona pocałowała jego, nie wytrzymała i musiała to zrobić... Byłabym w stanie to zrozumieć, ale nie tym razem, gdy zrobił to Marco. Ewidentnie to on pocałował ją.
Objął ją rękami w talii, niemalże przytulając ją do siebie. Widać było, że oboje siebie pragną... Czyli co, kolejna pomyłka? Kolejny chłopak, który prędzej czy później by mnie zranił? Kolejny chłopak nie dla mnie.
A może to jakiś znak? Znak, że powinnam być z... Nie, jaki tam znak Violetta. Po prostu cię zdradził, koniec i kropka. Temat zamknięty.
Leon to tylko przyjaciel.
Tylko.
Nic nas nie łączy, kompletnie nic.
"Przyjaciel? Nic was nie łączy? N i c? Panie i panowie - brawa dla Violetty Castillo!", moja podświadomość ponownie zaczęła że mnie drwić, śmiejąc się przeraźliwie głośno. Chciałabym, żeby chociaż jeden jedyny raz się przymknęła.
Ale tym razem ma rację. Po cholerę mam wmawiać sobie coś, co nie jest prawdą? Sama proszę się o to całe cierpienie...
- Viola, co się stało? - zapytał troskliwie Leon, wyrywając mnie z zamyślenia. - Płakałaś... - Przytulił mnie mocno do siebie. Nie pytał o nic, po prostu mnie przytulił.
- A teraz wystąpi dla państwa Violetta Castillo! - Usłyszałam swoje nazwisko wypowiedziane przez Marottiego stojącego na scenie. Dochodziły stamtąd donośne oklaski. Zbyt długo tutaj stałam i myślałam nad tym wszystkim.
- Proszę, nie płacz. Nieważne co się stało, nie płacz - szepnął, ocierając moje łzy z policzków. - Idź, teraz twoja kolej. Dasz sobie radę, tylko się uśmiechnij.
- Nie potrafię... Nie zaśpiewam teraz, nie dam rady. - Wtuliłam się mocno w chłopaka. Przyjechaliśmy tutaj dopiero wczoraj wieczorem, ale chcę już być w domu i porządnie wypłakać się w poduszkę.
- Dasz radę, uwierz mi. Idź tam i zrób to, co potrafisz najlepiej. Z uśmiechem. Dla mnie, proszę. Cokolwiek zrobił, nie pozwól, żebyś płakała przez niego i dawała mu tą chorą satysfakcję, że cię zranił. Proszę.- Pogładził mnie po włosach i uśmiechnął się lekko.
Pocałowałam go w policzek i razem z nim wyszłam z garderoby. Ruszyłam w kierunku sceny i powoli weszłam na nią po trzech małych, drewnianych schodkach. Z głośników zaczęła grać melodia piosenki, którą miałam śpiewać."Te Creo"... Napisałam ją z myślą o Marco, co ponownie przywołało natłok wspomnień i myśli. Spojrzałam w lewo i zobaczyłam zatroskanego Leona, który uśmiechał się do mnie pocieszająco. Spojrzałam w prawo, a tam zobaczyłam Marco i Francescę, którzy nadal nie zwracali uwagi na to, co dzieje się wokół nich. W moich oczach znowu zebrały się duże, słone łzy. Jedna z nich spłynęła powoli po moim policzku.

                         

Leon

"Śpiewaj, proszę, śpiewaj...", powtarzałem te słowa, niczym mantrę, widząc jak Violetta stoi na środku sceny ciągle oszołomiona tą całą sytuacją. Marco spojrzał na mnie i uśmiechnął się promiennie do Francesci. Zacisnąłem usta w wąską linię. Porozmawiam sobie z nim później. Z Francescą także.
Ostatni raz spojrzałem wzrokiem pełnym nadziei w stronę szatynki, po czym wszedłem za kurtynę i podszedłem do chłopaka, który zajmował się stroną audiowizualną występów.
- Puść trójkę - rzuciłem krótko, wskazując na odtwarzacz, po czym założyłem mikrofon.
Wszedłem na scenę i podszedłem do dziewczyny, a z głośników zaczęła wydobywać się melodia "Podemos". Złapałem Violę za rękę i uśmiechnąłem się. Niepewnie podniosła na mnie wzrok. W jej oczach widać było tylko ból.

No soy ave para volar
Y en un cuadro no sé pintar
No soy poeta, escultor
Tan sólo soy lo que soy

Otarłem kciukiem łzę spływającą po jej policzku i uśmiechem zachęciłem ją do śpiewania.

Las estrellas no sé leer
Y la luna no bajaré
No soy el cielo, ni el sol
Tan sólo soy

                Wiedziałem, że cierpi, lecz na jej twarzy było widać szeroki uśmiech.

Pero hay cosas que sí sé
Ven aquí te mostraré
En tu ojos puedo ver
Lo puedes lograr, prueba imaginar
Podemos pintar colores al alma
Podemos gritar yeh
Podemos volar sin tener alas
Ser la letra en mi canción
Y tallarme en tu voz.

                Muzyka ucichła, a ze strony widowni rozległy się głośne brawa. Violetta przytuliła się do mnie mocno. Przez chwilę poczułem na swoim ciele przyjemny dreszcz. Uśmiechnąłem się do dziewczyny.
                Francesca w towarzystwie Marco również weszli na scenę. Brunet stanął obok Violi, lecz ona tylko przeszła na moją lewą stronę nie patrząc na niego. Złapała mnie niepewnie za rękę i przysunęła się jeszcze bliżej mnie.
                Nasza czwórka ukłoniła się, po czym na scenę wszedł Marotti, trzymający w ręce białą kopertę.
                - Panie i panowie, oto nasi finaliści! - Wskazał na nas ręką, gdy ponownie rozległy się donośne brawa. - A w tej kopercie są zapisane nazwiska dwójki z nich… - Otworzył kopertę powolnym ruchem i wyjął z niej blado-niebieską kartkę. - Siódmą edycję You-Mix’u wygrywają… Violetta i Leon! - krzyknął, a tłum natychmiast zareagował.
Viola przytuliła się do mnie, chichocząc cicho.
- Mówiłem, że się uda - szepnąłem i objąłem ją ramieniem.
- Dziękuję. - Jej oczy zabłyszczały.
- Nie masz za co. Cała przyjemność po mojej stronie.

Pół godziny później…

Marco

                Zapukałem do drzwi pokoju Violetty. Jestem pewien, że gdy tylko mnie zobaczy, zatrzaśnie mi je przed nosem, ale musimy w końcu porozmawiać. Przez chwilę nie dawała żadnego sygnału życia, więc zapukałem ponownie. Niemalże od razu odtworzyła.
- Czego chcesz? - warknęła.
- Porozmawiać - odpowiedziałem spokojnie. - Mogę wejść?
- Nie. Mów o co chodzi i lepiej już idź…
- My chyba pow -
- Powinniśmy zerwać - przerwała mi. - Myślałam, że jesteś inny. Że jesteś jednym z tych, którzy nie ranią i nie zdradzają z najlepszymi przyjaciółkami… A co najważniejsze - myślałam, że jesteś tym jedynym. Nie mogę uwierzyć, że aż tak bardzo się myliłam…
- Nie pasowaliśmy do siebie i jakoś tak wyszło…
- Nie pasowaliśmy? Och… Jeszcze jakiś tydzień temu sądziłeś całkiem inaczej. Powiedziałeś, że w wielką przyjemnością spędziłbyś ze mną całe życie… Po jaką cholerę robiłeś mi nadzieję, że może być lepiej?
- Violu…
- Żadne „Violu”. To wszystko? Cześć - burknęła, zamykając głośno drzwi. Usłyszałem za nimi cichy szloch i od razu wszystkiego pożałowałem.
Stałem w bezruchu przez kilka sekund, minut… Straciłem poczucie czasu. Nic już nie wiedziałem. Jednak zrezygnowałem z prowadzenia dalszej rozmowy i odszedłem w głąb korytarza.
Ona ma rację. Zepsułem wszystko. Może nie powinienem był się tak angażować już na samym początku… Przecież miało być inaczej. Ja miałem jej pomóc z Leonem, ona mi z Francescą. A wynikł z tego wielki, popaprany trójkąt miłosny, czy jak to nazwać… Ufała mi, wierzyła. A ja ją zdradziłem. Z jej najlepszą przyjaciółką. I nawet nie czuję poczucia winy. Wręcz przeciwnie - jestem zadowolony.
Wszedłem do swojego pokoju i usiadłem na łóżku. Może tak będzie lepiej? Może właśnie tak miało być i teraz wszystko się ułoży? Ona ma Leona, ja mam Fran. Nikt nie będzie już sobie wchodził w drogę i oboje będziemy szczęśliwi.
Osobno.











Specjalna dedykacja dla Tess, która ostatnio bardzo mnie wspierała. Dziękuję misiu <3
I nareszcie po dość długim czasie oczekiwania pojawił się 29 rozdział :) Miał być dodany wcześniej, ale tu coś nie pasowało, tu coś dopisać, tu brak pomysłów. brak czasu spowodowany końcem roku, poprawami, egzaminami... No i wynikiem końcowym jest to... "coś". Coś, co ma ponad 5 stron ^^
Obiecałam poprawę, ale jakoś mi się nie udało... Przepraszam za to.
Tak, tak, pomieszałam i to ostro. Zresztą jak zawsze, żadna nowość. Ale mam nadzieję, że się podoba chociaż troszeczkę.
Blogger mi się buntuje, co zresztą widać po formatowaniu... Ale cóż, nic z tym nie zrobię.
Wielkimi krokami zbliżamy się do końca. Z jednej strony mi smutno, z drugiej wesoło. Nie mogę się doczekać trzeciego opowiadania, ale będę bardzo tęsknić za tym.

Za niedługo powinna zostać dodana zakładka z bohaterami trzeciego opowiadania.

EDIT: Ok, przyznaję - występ Violi jest bardzo podobny do tego, który był w serialu. I teraz gadanie, że zerżnęłam wszystko z odcinka i bla bla bla. Bo tak miało być. Bardzo spodobała mi się ta scena, a skoro odpowiadanie na podstawie serialu to czemu nie? Więc - twój problem, nie mój. :)