poniedziałek, 24 listopada 2014

Kolejne informacje ;)

Matko, kiedy te dwa tygodnie minęły? Nieco ponad dwa. Niby czas szybko mija, a jednak nieubłaganie ciągnie się do tej przerwy świątecznej. I ja właśnie w tej sprawie. Nie będę się bardzo rozpisywać, bo nie mam zbytnio czasu, więc tak ogólnie przedstawiam o co chodzi.

Otóż jak wszystkim wiadomo - przed przerwą świąteczną trzeba trochę uczniów pomęczyć i akurat moja klasa aż do pięknego dnia, jakim jest 20 grudnia, ma niemalże codziennie jakieś sprawdziany, kartkówki, pytanie na lekcji, zadań domowych tyle, że siedzę po nocach, by wszystko skończyć i co tam jeszcze sobie nauczyciel wymyśli. W związku z tym czasu na pisanie nie mam kompletnie, weną też nie grzeszę. W związku z tym podejrzewam, że trzecie opowiadanie zacznę dopiero pod koniec grudnia, niestety. Albo i "stety", jak kto woli. :)
Ale to nie oznacza, że jeszcze przez miesiąc zostawię was z niczym, nie nie nie. :) Planuję dodać chociażby jednego one shota, jakąś miniaturkę, cokolwiek. W wolnej chwili coś tam napiszę i dodam. x Może mi się uda, ale nie obiecuję.
Jakoś przeżyjemy do tego grudnia, a gdy już będę miała więcej wolnego czasu, to napiszę trochę rozdziałów "na zapas", żeby być do przodu, przez co będę mogła dodawać częściej, niż było to jeszcze niedawno.

Mam nadzieję, że nie jesteście źli i że rozumiecie. x Do napisania, misie. ♥

sobota, 8 listopada 2014

Przepraszam ~ Informacje

Więc... w sumie co ja mam powiedzieć? Zjebałam, wiem. Po prostu zjebałam.

Misie... - jeśli w ogóle mogę was tak jeszcze nazywać - czytałam wszystkie komentarze, wszystkie maile i wiadomości, które do mnie doszły (jeśli ktoś pisał na gg, to mogłam nie przeczytać, przepraszam), ale nie miałam nawet kiedy i zbytnio jak odpisać.
Wiem, że większość z was tego nie przeczyta albo uzna, że zmyślam, oczekuję litości od was, cokolwiek. Nie, to nie tak. Ja po prostu tłumaczę, dlaczego mnie nie było i oczekuję jedynie zrozumienia.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób myśli, że mam po prostu - przepraszam za ostre słowa - wyjebane na wszystko, ale tak nie jest. Ostatnie dwa miesiące nie były dla mnie najlepsze, co tu więcej dodać.

Z internetem u mnie krucho, mam go raz na jakiś czas od mamy, gdy potrzebuję coś do szkoły, a tak to korzystam z okropnie wolnego netu na moim telefonie, który odmawia posłuszeństwa, więc nie miałam kiedy napisać o mojej nieobecności i się tłumaczyć. Ogólnie odcięłam się od wszystkiego na jakiś czas.
Często nie ma mnie w szkole, bo latam po lekarzach i szpitalach, to w swojej sprawie, to w sprawie mamy, wujka, cioci, koleżanek... Nie wiem, co się dzieje, wszyscy ostatnio w szpitalu, masakra jakaś. A skoro często nie ma mnie w szkole, to muszę nadrabiać i czuję się, jakby nauczyciele robili mi na złość i specjalnie gonili z materiałem w chwilach, gdy mnie nie ma.
A gdy już mam wolny czas... to po prostu nie mam siły i ochoty na nic. Ja zjebałam, bo zjebało się wiele innych rzeczy. Może uda mi się to naprawić, ale niczego nie obiecuję. Jak zwykle...

W kwestii rozdziału, a konkretniej już epilogu, niestety lub "stety" - przez ostatnie dwa miesiące był pisany co chwilę po troszku. Aż w końcu się udało, całkiem niedawno, ale nie miałam czasu na opublikowanie go. Długością nie grzeszy, lecz nie to się tutaj liczy. Może wam się spodobał, nie wiem. Byłoby miło, gdyby każda osoba, która czytała, bądź wciąż czyta to opowiadanie - skomentuje paroma miłymi słowami.

A teraz zejdźmy z tematu, chciałabym jeszcze poruszyć sprawę trzeciego opowiadania. Wiecie... ja nie jestem pewna, czy to się uda. Ja na razie mam zaledwie prolog, rozdział pierwszy, kawałek drugiego, trzeci i kilka króciutkich scenek, które się w przyszłości przydadzą. Te rozdziały są naprawdę długie, bo po 7-8 stron. Nie mam zbytnio czasu na to. Często nie mam ochoty, pomysłów. A historia jest skomplikowana. Jeszcze pomyślę, zależy ile osób zechciałoby czytać i czytać będzie na pewno. Bo inaczej to nie ma sensu. Kocham pisać, pokochałam tą historię, ale od jakiegoś czasu mam o wiele więcej spraw na głowie, niż pisanie dla paru osób. Napiszcie w komentarzach, czy chcielibyście czytać. Pomyślę nad tym i ewentualnie zmienię liczbę rozdziałów, trochę pozmieniam w rozdziałach i ruszę z tym "od nowa". Jednego możecie być pewni - jeśli nie ta historia, to inna, lub coś całkiem innego. Może o aktorach Violetty, może zupełnie inna tematyka, bądź inni bohaterowie. Pożyjemy, zobaczymy.

To chyba wszystko, a jeśli nie - post zostanie zedytowany.

Kocham was i dziękuję za wszystko xx


EDIT: Tak, trzecie opowiadanie będzie o Leonetcie. :)

35. Epilog ~ Każda bajka ma swój koniec.

DEDYKACJA DLA WSZYSTKICH, KTÓRZY CZYTALI, CZYTAJĄ, BĄDŹ BĘDĄ CZYTAĆ. KOCHAM WAS 


Kilka dni później…

Kroczyła ścieżkami małego parku, obserwując pożółkłe liście, które powoli opadały na ziemię. Gdy uniosła głowę do góry, by spojrzeć na szare i zasłonięte ciemnymi chmurami niebo, na jej czoło spadła kropla wody, a po niej kolejna i kolejna. Ona tylko westchnęła cicho, jak gdyby ani trochę nie interesowało jej to, że za chwilę zacznie padać, a ubrania będzie miała przemoknięte. W tej chwili myślała tylko o nim. O nic, o niej, o nich. Kiedyś razem, teraz osobno, a za kilka godzin oddaleni od siebie o tysiące kilometrów. Na zawsze.
- Wszystko zniszczyłam… A teraz skończę jako stara panna z kotem. - Zaśmiała się sama z siebie, mimo że łzy cisnęły się jej do oczu.
Spojrzała na biały zegarek, który ciasno opinał jej nadgarstek i przyśpieszyła kroku. Po kilku sekundach niemalże biegła w stronę lotniska, nadal mając nadzieję, że jeszcze zdąży, by przynajmniej przeprosić i się pożegnać.
Lotnisko znajdowało się zaledwie kilkanaście minut drogi od parku, przez który przebiegała właśnie szatynka. Bieganie nigdy nie było jej mocną stroną, a szczęście zdecydowanie nie dopisywało jej od kilku tygodni. Przechodnie, których i tak było niewielu ze względu na pogodę, patrzyli na nią dziwnie, jakby była jakimś wybrykiem natury.


Wbiegła do budynku, rozglądając się nerwowo wokół. „Jest tu zbyt dużo ludzi, nie znajdę go”, pomyślała, wzdychając głośno.
- Violetta?... - szepnął za jej plecami doskonale znany głos.
Zadrżała i odwróciła się, powoli unosząc głowę, by spojrzeć w jego brązowe, przepełnione smutkiem oczy. Otworzyła usta, żeby już coś powiedzieć, lecz szybko się rozmyśliła i nie zrobiła tego. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy, nie potrafiła wydobyć z siebie ani jednego słowa, które miałoby być skierowane do niego.
- Co ty tu robisz? Jeśli przyszłaś po to, by… - zaczął, nie dając szatynce nawet chwili na wytłumaczenie się.
- By?
- Och, nieważne. To coś ważnego? Nie wiem czy zauważyłaś, ale nie mam czasu na pogaduszki - burknął, rozglądając się nerwowo.
Jednak szybko pożałował tego, jak ją właśnie potraktował. A biorąc pod uwagę to, jak traktował ją w ciągu ostatnich kilku tygodni - żałował jeszcze bardziej. Mimo wszystkich błędów, które popełniała, wciąż była tylko zwykłą dziewczyną, którą on wciąż…
- Uch, chciałam tylko się pożegnać i… przeprosić. Za wszystko. Wiem, że to nie sprawi, że będzie lepiej, ale… - urwała, zaciskając mocno powieki, by powstrzymać cisnące się do oczu łzy.
- Nie musisz mnie przepraszać.
- Nawet jeśli… Po prostu chcę to zrobić. - Uniosła wzrok, który do tej pory uparcie wbijała w podłogę, by spojrzeć na stojącego naprzeciw niej chłopaka. - Przepraszam, Marco. Nie chciałam, by to wszystko tak wyszło, naprawdę. I zdaję sobie sprawę z tego, ze zniszczyłam wiele rzeczy i popełniłam jeszcze więcej błędów, ale naprawdę żałuję, że to wszystko się tak skończyło. Gdybym tylko mogła cofnąć czas…
- Ale czasu nie da się cofnąć, Violetta. Mógłbym powiedzieć, że było minęło, ale nie jestem pewny, czy potrafiłbym tak po prosty o tym zapomnieć.
- Nie każę ci o niczym zapominać. Chociaż chciałabym, żebyśmy oboje o tym zapomnieli. Ale tak się składa, że ja też nie potrafię. Bo to przeszłość i ty tam byłeś. A ja nie potrafię o tobie zapomnieć. Przepraszam - westchnęła cichutko, odwracając wzrok.
- Za co tym razem?
- Za to, że nie potrafię o tobie zapomnieć, a wiem, że chciałbyś.
- Chciałbym powiedzieć, że… nieważne.
- I przepraszam za to, że tutaj przyszłam, i w dodatku marnuję twój czas - powiedziała, ignorując go. - To głupie z mojej strony… Mam nadzieję, że tam, dokąd wyjeżdżasz, będzie ci lepiej i będziesz szczęśliwy. Żegnaj, Marco.
Odwróciła się, a samotna łza spłynęła po jej policzku. Ruszyła w kierunku wyjścia z chęcią dotarcia do swojego pokoju i rozpłakania się, po czym otarła wierzchem dłoni mokre już od łez policzki.
- Violetta, zaczekaj! - krzyknął cicho Marco i mimo hałasu panującego na lotnisku, szatynka najwidoczniej usłyszała jego nawoływanie, gdyż odwróciła się niepewnie.
Podbiegł do niej, ciągnąc za sobą niewielką, czerwoną walizkę. Wypuścił jej metalową rączkę, by złapać drobną i zimną dłoń dziewczyny. Spojrzał w jej oczy, a przez jego twarz przebiegł cień uśmiechu.
- Spóźnisz się na samolot - szepnęła, starając się nie zwracać uwagi na to, co właśnie zrobił.
- Jakoś zbytnio mnie to nie interesuje w tej chwili. Chcę się na niego spóźnić. - Przybliżył się do niej nieznacznie. - Przepraszam - oznajmił, a szatynka spojrzała na niego jak na dziwaka. - Za wszystko. Skoro ty, to ja też powinienem. I wiesz, tak sobie myślałem… Ugh, słowa są głupie.
Spojrzał na nią, po czym zmniejszył i tak małą już odległość między nimi, by już po chwili… pocałować ją.










Mówiłam, że nie grzeszy ilością. Co dziwne - nawet mi się podoba. Po raz kolejny zmieniłam narrację, ze względu na to, iż tak lepiej mi się pisało. Nie miałam ochoty i czasu sprawdzać ewentualnych błędów, ale mam nadzieję, że nic w oczy nie razi i że się podoba. 
Więc... to już koniec. Nie wiem, mam mieszane uczucia. Ani nie jest mi smutno, ani wesoło. Gdy zaczynałam to pisać, to miałam wątpliwości, co do tego, czy to już ma być epilog, czy może nie. Ale trudno, zdecydowałam dawno temu i koniec.
Za chwilę dodam post informacyjny, w którym wyjaśniłam kilka ważnych spraw.

wtorek, 2 września 2014

34. ~ "A co, jeśli chcę być szczęśliwa z tobą?"

Tydzień później…

Marco

- Fran… Posłuchaj mnie i nie przerywaj, dobrze? Po prostu mnie wysłuchaj. Nie musisz się z tym zgadzać.
Włoszka pokiwała głową, na co westchnąłem i zacząłem mówić:
- Doskonale wiesz, że nie… Znaczy… Nie wiem jak to ubrać w słowa, ale kocham cię i chciałbym mieć cię tutaj, obok, zawsze, gdy będę tego potrzebował. Ale taka szansa może się nie powtórzyć już nigdy… Nie możesz z tego zrezygnować przeze mnie. A my… Przecież nie wyjeżdżasz tam na zawsze, więc moglibyśmy utrzymać kontakt, a jak wrócisz, to będzie tak, jak jest.
Może i mówiłem optymistycznie, ale to nie znaczy, że tak myślałem. Francesca dostała kilka dni temu propozycję zrobienia kariery. Tyle, że w Hiszpanii… Rozważamy wszystkie „za” i „przeciw”. To dla niej wielka, niepowtarzalna szansa i nie może z tego zrezygnować, nawet gdybym chciał. A chciałbym… Bardzo. Chciałbym móc ją zatrzymać przy sobie, ale nie mogę niszczyć jej marzeń. Ja… nie, nie mogę.
- Wiem o tym. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, że to niesamowita szansa i… Uh, naprawdę chcesz, żebym jechała? - zapytała, a przez jej twarz przebiegł cień wątpliwości. Zmrużyłem oczy.
- Wiesz, co o tym myślę. Ale chcę, byś spełniła swoje marzenia i chociaż raz pomyślała tylko o sobie.
I cisza. Trwała kilka sekund, może kilkanaście. A może nawet kilka minut? Nie mam pojęcia. Spojrzałem w jej oczy i widziałem, że myśli tak, jak ja. Chce spełnić marzenia, ale nie chce jechać na drugi koniec świata, by to zrobić. Uh, to takie trudne…
- Jedź. Proszę. Zobaczysz, że będziesz zadowolona z tej decyzji, a jak wrócisz, to będziemy szczęśliwi. Razem. Dobrze? - zapytałem, przytulając ją mocno.
- Dobrze…

W piątek rano wjechałem na parking lotniska. Zaparkowałem na odpowiednim miejscu, po czym wysiadłem i przeszedłem na drugą stronę samochodu, by otworzyć Francesce drzwi. Tak też zrobiłem, a ona tylko uśmiechnęła się delikatnie i wysiadła. Wyciągnąłem z bagażnika dwie walizki dziewczyny i zamknąłem samochód. Ruszyliśmy w stronę wejścia, oboje z walizką w ręce.
Tak, chciałbym jechać z nią…
                Dziewczyna zatrzymała się przed szklanymi drzwiami i odwróciła w moją stronę. Zabrała swoją walizkę z mojej ręki, a następnie spojrzała mi w oczy.
- Dalej sobie poradzę, dziękuję. Eh, nie umiem się żegnać, wiesz o tym… - szepnęła, opuszczając głowę.
- Wiem - przytaknąłem i chciałem się uśmiechnąć, by dodać jej trochę otuchy, lecz zamiast tego wyszedł mi grymas.
- Kocham cię. - Przytuliła się do mnie mocno. - Będę tęsknić. Bardzo. Ale wrócę niedługo.
- Powodzenia. Będzie dobrze, zobaczysz.
Pocałowałem ją i uśmiechnąłem się. Ona odwzajemniła mój gest, po czym wzięła walizki do rąk i weszła do środka. Patrzyłem jeszcze przez chwilę, jak odchodzi, po czym odwróciłem się i zacząłem iść w kierunku parkingu. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i wybrałem numer do mojego brata.
- Już wracam, będę za piętnaście minut. Nie zaśnij, doskonale wiesz, że mam kluczy i nie będę jak miał wejść do domu - powiedziałem, gdy odebrał. Nie ukrywam, że głos mi się trochę zatrząsł, gdy mówiłem.
- Właśnie mnie obudziłeś, dzięki. Nie zasnę, możesz być spokojny. I nie martw się, przecież ona wróci.
- Nie martwię się, wiem, że wróci - odrzekłem wymijająco, mając tą głupią nadzieję, że przestanie ciągnąć temat.
- Przecież słyszę po głosie. Jak kocha, to wróci.
- Jak kocha, to nie odejdzie - szepnąłem i rozłączyłem się, chowając telefon do kieszeni, po czym wsiadłem do samochodu i odjechałem.
Ona już nie wróci… Ale przynajmniej spełni marzenia i będzie szczęśliwa.


Francesca

Od kilku dni tylko czekałam, aż Marco wreszcie spojrzy na mnie i powie, bym nie jechała. To nie tak, że nie chciałam. Taka szansa może się już nie powtórzyć, to prawda. Ale… Włochy to przecież drugi koniec świata, a ja mam tutaj jego. I to wszystko, czego mi potrzeba do szczęścia. Muzyka pełni ważną rolę w moim życiu, ale nie potrzebuję zrobienia kariery, by być szczęśliwą. Potrzebuję jego.
Byłam głupia. Jak mogłam myśleć, że tak po prostu powie mi "Fran, nie jedź"? Wiem o tym, że mnie kocha, przecież powtarza to co chwilę, ale… myślałam, że chciałby, żebym została. Mówił, że chce, bym spełniła marzenia. To prawda, marzę o czymś takim od dziecka. Ale to nie zmienia faktu, że go kocham.
A może… może zrobił to, by znowu być z Violettą? Zerwała z Leonem dwa dni przed tym, jak powiedziałam Marco o propozycji podpisania kontraktu z wytwórnią z Włoch, więc miał wystarczająco dużo czasu, by to wszystko przemyśleć. Przecież… chwila, Fran, co ty pieprzysz. To rozdział zamknięty, przeszłość, skończone. Chyba…
Nie, to niemożliwe, by chciał do niej wrócić. Jeszcze chwilę temu zapewniał mnie, że gdy wrócę, to będziemy razem i będzie dobrze. Bo będzie, prawda? Na pewno, wierzę w to. To tylko kilka miesięcy, najwyżej pół roku. Damy radę, pomimo dzielącej nas odległości. Zawsze dajemy radę.
Zawsze, jeśli tylko jesteśmy razem.


Trzy tygodnie wcześniej…

Naty

Usiadłam na pobliskiej ławce i kolejny raz tego dnia zalałam się łzami. Mam dość ciągłych wyrzutów Maxiego, jakby on nigdy nie był niczemu winny. Nate to tylko i wyłącznie mój przyjaciel. Może i coś do niego czuję, bo to nie tak łatwo zapomnieć o starej, wakacyjnej miłości, ale mimo wszystko, to nie jest to samo, co czuję do Maxiego. Jego kocham. Ale jak widać bez wzajemności. To on tylko ciągle lata za Camilą, a mnie olewa. To on ciągle robi mi afery o nic. To on niszczy nasz związek, który budowaliśmy tak długo. W sumie… już go zniszczył. I to nie odwracalnie. Mimo że kocham go najbardziej na świecie, to coś zabrania mi z nim dłużej być. Serce mówi "wybacz mu", a rozum "zostaw tego dupka". I tym razem chyba posłucham rozumu. Nie chcę już dłużej cierpieć. Nie…
Otarłam mokry policzek prawą dłonią i rozejrzałam się dookoła. Ani śladu Maxiego… Doskonały przykład troskliwego chłopaka.
Ugh, przestań o nim myśleć. To koniec, nie ma odwrotu. Tak będzie lepiej i dla ciebie, i dla niego.
- Nats, co się stało?
Podniosłam wzrok i zobaczyłam Nate'a siadającego obok mnie z walizką w ręce, którą szybko odłożył, by przytulić mnie mocno.
- Co tutaj robisz? Nie powinieneś być w samolocie?… - zapytałam, patrząc na swoje buty.
- Powinienem, ale spóźniłem się, bo nie mogłem znaleźć biletu… - Z trudem powstrzymywał śmiech. - Więc zadzwoniłem do rodziców i powiedziałem, że zostanę jeszcze na chwilę, jeśli nie na zawsze. Oczywiście jeśli tylko chcesz mnie widzieć tutaj codziennie. Ale nie o mnie, mów co się stało, hm?
- Pamiętasz mojego chłopaka, Maxiego? My właśnie chyba zerwaliśmy…
- Jak to zerwaliście? Chyba? - Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, po czym zaczęłam tłumaczyć mu całą historię. Pomijając kilka nieważnych faktów.
Przez chwilę oboje nie odzywaliśmy się i wiedziałam, że to nie zwiastuje niczego dobrego.
- Dupek - powiedział, przerywając ciszę. Zauważyłam, że zaciska dłonie w pięści. - Jak może osądzać cię o coś takiego, gdy tymczasem sam nie jest lepszy? Uch… Nie zasługuje na ciebie, kotku, tyle ci powiem. Może… może on jednak nie był tym jedynym?
- Był… - szepnęłam, a w oczach ponownie zebrały mi się łzy.
- Nie Naty, jestem pewien, że nie był. Gdyby był, nie traktowałby cię w ten sposób. I pomiędzy wami byłoby o wiele lepiej, mimo wszelkich przeszkód - wytłumaczył, ale ja już nie odpowiedziałam.
Mówił dalej, jednak nie słuchałam go. On ma rację… On zawsze ma rację. Może to też była tylko przelotna miłość. Dla mnie. Dla Maxiego… co najwyżej zauroczenie. Marne zauroczenie. Wkrótce nam przejdzie. Na pewno. I oboje znajdziemy dla siebie kogoś lepszego. Kogoś, kto będzie nas kochał, kto będzie o nas dbał i dawał poczucie bezpieczeństwa. Kogoś, kto sprawi, że poczujemy się wyjątkowi.
- Nate…? - zaczęłam, unosząc głowę, by spojrzeć na niego.
- Tak?
- Odpowiedz mi szczerze. Czy ty… czy ty czujesz coś do mnie?
I znów ta stresująca cisza.
- Skoro szczerze, to szczerze… Pamiętasz, gdy się poznaliśmy? Spędziliśmy ze sobą mało czasu, ale tyle mi wystarczyło, by się w tobie zakochać. Bez pamięci - powiedział cicho, nadal patrząc w moje oczy. - I to nie tak, że chcę odsunąć cię od Maxiego, nie, nie, nie. Po prostu chcę, byś przejrzała na oczy i nie musiała martwić się tym, czy następnego dnia cię zrani czy może przytuli. Chcę byś była szczęśliwa, nawet jeśli nie ze mną.

- A co jeśli chcę być szczęśliwa z tobą? - szepnęłam, splatając palce naszych dłoni.









Znowu krótko, znowu pomieszałam i znowu przepraszam. Ale chociaż postarałam się szybko napisać. x
Uch, skarbki... zbliżamy się do końca tego opowiadania naprawdę wielkimi krokami. Ogromnymi. Dlaczego? Dlatego, że kolejny rozdział będzie dodany pewnie za niedługo. I ten kolejny rozdział będzie zarazem epilogiem. Niestety lub "stety", interpretujcie to jak chcecie. Po dodaniu epilogu wezmę się za notkę z kilkoma informacjami, bo nie chcę pisać tutaj zbyt dużo, lecz chcę wyjaśnić jedną sprawę.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wszystko się zmieniło. Mój styl pisania, pomysły, wszystko mieszam i rozwalam. Ale tak szczerze, to już się pogubiłam. I wiem, że to, co piszę może wam już się nie podobać, ale miśki... ja widzę ile osób czyta rozdziały, a ile z nich komentuje. Ja naprawdę staram się jak tylko mogę, bo mam też swoje życie, wiele spraw do załatwienia... I chciałabym, by ktoś to docenił. Ktoś więcej, niż kilka osób (którym bardzo dziękuję za komentarze). Po prostu liczba wyświetleń okropnie zmalała, a liczba komentarzy jeszcze bardziej. Zastanówcie się nad tym, a resztę wyjaśnię po epilogu, dobrze? x 
Przepraszam i dziękuję, kocham was. ♥

sobota, 30 sierpnia 2014

One Shot: Dziesięć razy tak || Lodoggero

Tytuł: „Dziesięć razy tak”
Autorka: Szanella x
Gatunek: Komedia; Romans;
Pairing: Lodoggero (Lodovica & Ruggero)
Czas akcji: Marzec 2014 oraz kwiecień 2015
Miejsce akcji: Buenos Aires, Argentyna
Przedział wiekowy: +13 (występują wulgaryzmy)
Opis: Lodovica przegrała zakład z Ruggero, przez co teraz musi odpowiedzieć „tak” na dziesięć jego pytań.
Liczba stron: 6 i 1/4
Liczba słów: 2361
Od autorki: Nie wiem co mnie naszło, ale pomysł bardzo mi się spodobał, więc nie mogłam tego nie napisać. Z racji tego, że kocham Lodoggero całym serduszkiem i pasowali mi do tego One Shota jak ulał - wybrałam właśnie ich. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. Enjoy! ;) x