sobota, 30 sierpnia 2014

One Shot: Dziesięć razy tak || Lodoggero

Tytuł: „Dziesięć razy tak”
Autorka: Szanella x
Gatunek: Komedia; Romans;
Pairing: Lodoggero (Lodovica & Ruggero)
Czas akcji: Marzec 2014 oraz kwiecień 2015
Miejsce akcji: Buenos Aires, Argentyna
Przedział wiekowy: +13 (występują wulgaryzmy)
Opis: Lodovica przegrała zakład z Ruggero, przez co teraz musi odpowiedzieć „tak” na dziesięć jego pytań.
Liczba stron: 6 i 1/4
Liczba słów: 2361
Od autorki: Nie wiem co mnie naszło, ale pomysł bardzo mi się spodobał, więc nie mogłam tego nie napisać. Z racji tego, że kocham Lodoggero całym serduszkiem i pasowali mi do tego One Shota jak ulał - wybrałam właśnie ich. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. Enjoy! ;) x

czwartek, 28 sierpnia 2014

33. ~ "Zrobiłam to..."

Federico

- Federico, naprawdę nie musisz robić sobie problemu. Nie jestem pewna, czy twoja mama byłaby-
- To nie jest problem. Nie zostawię cię samej w domu z tym… Eh. A moja mama bardzo cię lubi i na pewno zrozumie - wyjaśniłem, gdy Ludmiła po raz kolejny, od wyjścia z jej domu, miała jakieś wątpliwości.
- Ale przecież-
- Lu. Żadne „ale”.
Uśmiechnąłem się do niej, by rozładować napięcie między nami. Ona w sumie ma rację. Sam nie jestem pewien, jak moja mama na to wszystko zareaguje i czy w ogóle zgodzi się, by dziewczyna zamieszkała z nami na kilka dni. Ale na pewno nie mógłbym zostawić jej w domu samej z jej „ojcem”. Za kogo on się uważa, że ją tak traktuje? To jego córka, do cholery! Nie powinien robić afer o byle co, a tym bardziej jej bić. Nie rozumiem, jak można skrzywdzić tak cudowną dziewczynę, jaką jest ona.
Podszedłem do bramy mojego domu i otworzyłem ją. Przepuściłem Ludmiłę przodem, a po chwili objąłem ją ramieniem.
- Będzie dobrze, nie martw się. - Pocałowałem ją w czoło i uśmiechnąłem się. Na jej twarzy wykwitł delikatny uśmiech.
Wyciągnąłem klucz z kieszeni spodni i otworzyłem drzwi. Nacisnąłem na klamkę i pchnąłem je, po czym razem z blondynką weszliśmy do środka. Odłożyłem jej torbę na szafkę i schyliłem się, by zdjąć buty. To samo zrobiła Ludmiła. Przeszliśmy przez mały korytarz, dzięki czemu znaleźliśmy się w salonie. Moja mama podniosła wzrok znad telewizora na nas i uśmiechnęła się promiennie.
- Mamo, możemy porozmawiać?… - zapytałem niepewnie, patrząc na nią.
- Tak, oczywiście - przytaknęła i wstała z kanapy, kierując się w stronę kuchni.
Szepnąłem do Ludmiły, żeby się rozgościła, a ja ruszyłem za mamą. Spojrzałem na nią, gdy staliśmy naprzeciwko siebie w małym pomieszczeniu.
- Em… Czy… Czy Ludmiła mogłaby z nami zamieszkać na kilka dni? - wydukałem po chwili ciszy.
- Jasne, że tak, ale… Stało się coś? - Jej wzrok wydawał się być zmartwiony.
- Problemy z ojcem, później ci opowiem. Dziękuję. - Przytuliłem ją mocno, a moje usta wykrzywiły się w uśmiechu.
Wróciłem do salonu i zobaczyłem Ludmiłę siedzącą na kanapie z moją siostrą na swoich kolanach. Wyglądają razem tak słodko. Usiadłem obok nich i uśmiechnąłem się szeroko. Blondynka spojrzała na mnie niepewnym wzrokiem i jakby… wystraszonym?
- Coś nie tak? - zapytałem troskliwie, łapiąc ją za rękę.
- Nie, nie, wszystko… prawie wszystko jest w jak najlepszym porządku. - Uśmiechnęła się do mnie, jednak po chwili jej uśmiech ponownie zniknął. - Em… I jak? Mogę tutaj zostać?…
- A jak myślisz? - zacząłem się z nią droczyć.
- Myślę, że twoja mama mnie bardzo lubi, ale nie jestem pewna, czy lubi mnie aż tak, żeby pozwoliła mi zostać u was na nie wiadomo ile z głupiego powodu.
- To nie jest głupi powód, Lu. To jest poważna sprawa, z którą sobie jakoś poradzimy. Razem. Będzie dobrze, nie martw się. I możesz zostać tutaj tak długo, jak tylko zechcesz - wytłumaczyłem, na co ona jedynie mruknęła coś pod nosem i uśmiechnęła się. Przysunąłem się bliżej niej i pocałowałem ją delikatnie.
- Fuuuj… To ohydne! - krzyknęła Mel, odpychając mnie od Ludmiły. Pokój wypełnił mój śmiech, który po chwili udzielił się także Ludmile.
- To nie jest ohydne - zwróciłem się do siostry. - To miłość, słońce.


Dwa tygodnie później…
Violetta

„Przez ostatni tydzień dużo myślałam. Zbyt dużo. O Leonie, Marco, Francesce… O wszystkim, ale głównie o naszej czwórce. I doszłam do wniosku, że ta bajka nie ma szczęśliwego zakończenia. Jeśli w ogóle można nazwać to bajką.
Gdy wreszcie wszystko zaczęło się układać w dobrym kierunku - mnie zebrało się na przemyślenia. Po raz kolejny wszystko się zniszczy. Po raz kolejny ja wszystko zniszczę. I wątpię, bym dostała kolejną szansę na naprawienie tego.”

                Zamknęłam pamiętnik i odłożyłam go na szafkę nocną. Spojrzałam za okno. Ciemno, zimno, chyba nawet pada… Jest po dwudziestej pierwszej, jeśli nie dalej. Złapałam telefon do ręki i wybrałam numer do Leona. Odebrał po dwóch sygnałach.
                - Cześć, kochanie - przywitał mnie ciepło, a ja tak jakby straciłam zdolność mówienia.
                Nie możesz się teraz wycofać. Po prostu to zrób - pomyślałam.
- Em, cześć… Wiem, że jest późno, pogoda nie jest najpiękniejsza, a ty jutro wcześnie wstajesz, ale… możemy się spotkać? To bardzo ważne. Nie zajmę ci dużo czasu.
- Tak, oczywiście, że możemy. Coś się stało? - zapytał zmartwionym głosem, a mnie znowu naszyły wątpliwości.
Nie chcę cię ranić…
- Nie, nie. Chociaż w sumie… tak. Ale nie. Uh, to skomplikowane. Więc… za dziesięć minut w parku obok Studio?
- Jak dla ciebie, to mogę tam być nawet za dwie. Kocham cię.
                Rozłączył się. Cholera… Nie, nie ma innej opcji, muszę to zrobić. I tak ranię go wystarczająco mocno. Już nie ma odwrotu, postanowione. Teraz tylko wymknąć się z domu przed tatą…

Kilkanaście minut później…

Stałam pod dużym drzewem, gdy Leon podszedł do mnie i usiadł obok. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się sztucznie, mimo że czułam, że za chwilę po prostu się rozpłaczę.
Z jednej strony nie chcę tego robić, bo nadal coś tam do niego czuję, nawet jeśli to nie jest miłość. Ale z drugiej… muszę. Zdaję sobie sprawę z tego, że to go okropnie zaboli, ale na pewno mniej, niż bycie ze mną, jeśli ja… jeśli ja nadal kocham Marco i nie potrafię przestać. A jeszcze bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że to jego kocham tak naprawdę. Całym sercem. I nawet jeśli nie będziemy już nigdy razem, to nie jest ważne. Ważne jest to, że nie potrafię dłużej ranić Leona. Nie chcę, by cierpiał…
- Nawet nie próbuj tego robić. - Jego głos wyrwał mnie zamyśleń, przez co ponownie na niego spojrzałam.
- Czego robić?
- Znam cię nie od wczoraj i widzę, że coś jest nie tak. A ty na siłę próbujesz się uśmiechnąć, by zamydlić mi oczy. Nie rób tego… - powiedział i przysunął się bliżej mnie. Chciał mnie przytulić, lecz ja odsunęłam się gwałtownie. - Dobra, teraz mnie zmartwiłaś… O co chodzi?
- Bo ja… Ugh, to jest tak cholernie trudne.
- Co jest trudne?
- Wszystko. Ja, ty. My… - Po policzku spłynęła mi łza, którą szybko otarłam rękawem bluzy.
- Skarbie…
- Nie… Nie mów tak, proszę. Mam to ciągnąć w nieskończoność, czy powiedzieć z góry o co mi chodzi? - zapytałam niepewnie, patrząc przed siebie. Nie potrafię spojrzeć mu teraz w oczy.
- Po prostu to powiedz - powiedział po chwili, która wydawała się być wiecznością.
Wzięłam głęboki oddech i przez jakiś czas patrzyłam to na niego, to na pustą ulicę kilkanaście metrów przed nami lub unosiłam głowę i patrzyłam na zachmurzone niebo.
- Musimy zerwać… Teraz.
- Bo nadal kochasz Marco i nie chcesz mnie ranić. Wiem o tym… - szepnął, a ja z trudem powstrzymywałam płacz.
Kiwnęłam delikatnie głową.
- Przepraszam…
- Nie masz za co mnie przepraszać. Ja to doskonale rozumiem. Naprawdę.
- Mam za co. Od kilku miesięcy bez przerwy cię ranię i zdaję sobie z tego sprawę. A to, co robię teraz, to już w ogóle przekracza wszelkie granice… Tylko, uh… To nie tak, że cię nie kocham. Po prostu nie tak bardzo. Nie tak bardzo, jak kiedyś… I nie tak bardzo, jak jego. Przepraszam - powiedziałam cicho, a on tylko otarł moje łzy i przytulił mnie mocno.
- Wierzę, że można wybrać komu dasz się zranić. I jeśli ty masz mnie ranić, to chcę być raniony.
- Czuję się tak, jakbym za każdym razem wbijała ci nóż w serce… I nie chcę tego robić.
- Więc… cofamy się do tylko przyjaciół, tak?… - zapytał z nadzieją, a ja otarłam łzy i uśmiechnęłam się delikatnie. Kiwnęłam głową. - To w takim razie… mimo wszystko jesteś najlepszą przyjaciółką na świecie.



„Zrobiłam to… Zerwałam z nim szybko i w miarę bezboleśnie. Chyba. Przynajmniej dla mnie. Powiedział, żebym się nim nie martwiła. I że… przyzwyczaił się do tego, że nie potrafię kochać go tak, jak chciałby, żebym go kochała. Nie mam pojęcia, czy powiedział tak, bo to była prawda, czy żebym poczuła się lepiej. Ale ja wcale nie poczułam się lepiej. Nie potrafię z nim być, ale też nie potrafię tak po prostu być jego przyjaciółką i jak gdyby nigdy nic zapomnieć o wszystkim. O wszystkim, co przeszliśmy. O tych wszystkich przeszkodach, które udało nam się pokonać. Razem.
A teraz… Leon Verdas to rozdział oficjalnie zamknięty. Na pięć zamków. I nigdy go już nie otworzę. A Marco… To już zależy od niego. Teraz jest z Francescą i mam nadzieję, że jest szczęśliwy. Wtedy ja też będę. Nawet jeśli już nigdy nie będziemy razem.
Chciałabym, żeby Leon też był szczęśliwy. Ale z kimś innym. Z kimś, kto nie będzie go ranił. Z kimś, kto będzie go uszczęśliwiał przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez siedem dni w tygodniu. Zawsze i wszędzie.

Co ma być to będzie, jakoś sobie jeszcze życie ułożę. Jak nie z nimi, to może kiedyś poznam kogoś innego, kto pozwoli mi o nich zapomnieć?”












Uh, przepraszam... Rozdział krótki, rozwaliłam Leonettę, miesiąc przerwy. Dużo by tłumaczyć, więc po prostu przepraszam. Kocham was xx

czwartek, 21 sierpnia 2014

One Shot: Są sny, po których przerwaniu istnieje coś ponad wspomnienia || Diecesca

Tytuł: „Są sny, po których przerwaniu pozostaje coś ponad wspomnienia”
Gatunek: Romans
Pairing: Diecesca (Diego & Francesca); Fedemiła (Federico & Ludmiła)
Czas akcji: Wakacje 2014
Miejsce akcji: Buenos Aires, Argentyna
Przedział wiekowy: Bez ograniczeń
Liczba stron: 10
Liczba słów: 4802
Od autorki: Tak, tak, wiem. Od miesiąca nie było tutaj niczego, a ja wyjeżdżam z One Shotem... Po prostu pomysłów mało, weny... cóż, średnio, ale nie na to, co potrzeba. Do tego problemów w życiu prywatnym coraz więcej i naprawdę - piszę wtedy, kiedy mogę i piszę to, na co mam wenę. Postarajcie się mnie zrozumieć, proszę. x 
Jest to mój pierwszy prawdziwy oneshot i chciałabym zadedykować go komuś specjalnemu. Melcia, skarbie… Gdyby nie ty, to coś prawdopodobnie by nie powstało. Gdyby nie ty, nie miałabym gdzie go zamieścić. Każdego dnia, każdej godziny i każdej minuty motywujesz mnie do dalszego działania i sprawiasz, że nigdy się nie poddaję. Nawet wtedy, gdy jestem już blisko upadku - podnoszę się i z gracją otrzepuję ubranie. Dla ciebie. Dziękuję za wszystko, co dla mnie robisz. Dziękuję za to, że jesteś. Kocham cię najmocniej na świecie.
Sny, myśli lub wspomnienia bohaterów pisane są kursywą! Enjoy! ;) x
(One Shot dostępny także na moim TUMBLR)


wtorek, 29 lipca 2014

32. ~ "Jesteś zbyt piękna, by płakać."

Naty

- Będę baaardzo tęsknić, wiesz? - powiedziałam, przytulając mocno Nate’a.
Oboje staliśmy na środku lotniska. To jego ostatni dzień tutaj, w Buenos Aires. Wraca do USA i nie zapowiada się, by odwiedził mnie w ciągu najbliższych kilku miesięcy…
- Ja też, Naty. Ale przecież będziemy utrzymywać kontakt, prawda? - zapytał z lekkim uśmieszkiem, na co ja kiwnęłam głową.
Zrobię wszystko, by tym razem być bliżej niego. Postanowiliśmy, że będziemy pisać do siebie każdego wieczora e-mail, w którym opiszemy nasz cały dzień, wygadamy się, pośmiejemy. Jestem ciekawa, jak długo przetrwamy z takim czymś… Mam nadzieję, że wystarczająco długo.
Uśmiechnęłam się do Nate’a, a on od razu wyczuł, że mój uśmiech jest sztuczny. Jak mam się uśmiechnąć, skoro wyjeżdża? Myślałam, że zawita dłużej w naszym mieście, że zdążę go oprowadzić po najfajniejszych miejscach, wychodzić z nim wieczorem na miasto, do kina… Ale niestety. Eh, nie jestem dobra w pożegnaniach.
- Wiem, że to trudne, ale uśmiechnij się. Proszę. Ja się uśmiecham, widzisz? - Uśmiechnął się szeroko, czym od razu poprawił mi humor. Uwielbiam jego uśmiech. - To nie koniec świata, nie możesz się smucić.
Położył dłoń na moim policzku i przejechał po nim kciukiem. Odłożył walizkę na podłogę i przytulił mnie mocno.
- Hej… Jesteś zbyt piękna, by płakać. Naprawdę zbyt piękna - szepnął cichutko, całując mnie w głowę.
- Nie jestem piękna… - zaprzeczyłam, kręcąc przecząco głową. Mimo to, uśmiechnęłam się pod nosem.
- Jesteś. Mnie nie wierzysz?
- Wierzę. Nie mam ochoty tego mówić, ale idź już. Nie chcę, żebyś się spóźnił na samolot.
- Oczywiście, już idę. Jak będę na miejscu, to zadzwonię, dobrze? - Ostatni raz uśmiechnął się do mnie.
Uśmiechnął się tym swoim słodkim, rozbrajającym uśmiechem. Powtórzyłam jego gest, przytulając go, po czym podałam mu do ręki walizkę, której - znając jego - z pewnością by zapomniał. Zachichotałam, patrząc jak idzie tyłem i macha do mnie. Gdy był na tyle daleko, bym zgubiła go w tłumie, odwrócił się i zniknął wraz z uśmiechem…


Maxi

- Naty - szepnąłem, podchodząc do dziewczyny i obracając ją za ramię w swoją stronę. - Tak myślałem, że tu będziesz…
- Śledziłeś mnie? - zapytała, a w jej głosie słychać było odrobinę rozczarowania.
- Nie, oczywiście, że nie.
- To skąd mogłeś wiedzieć, że jestem w takim miejscu, jak to?
Dociekliwa dziewczyna z niej…
- Bo od kilku dni powtarzasz, że ten idiota wyjeżdża, więc spodziewałem się ciebie tylko i wyłącznie tutaj.
- On nie jest idiotą - żachnęła się, patrząc na mnie wzrokiem, który oznaczał u niej początek kłótni. Wyminęła mnie i zaczęła iść w kierunku wyjścia z lotniska. Ruszyłem za nią, przez co brunetka przyśpieszyła kroku.
- Naty. Nie złość się, przecież nic takiego nie powiedziałem. - Złapałem ją za rękę, którą ona natychmiast wyrwała z mojego uścisku. Zatrzymała się i stanęła przede mną.
- Nic takiego? A właśnie, że coś takiego. Wiesz, że jest moim najlepszym przyjacielem i jest dla mnie bardzo ważny. W dodatku nie będziemy się bardzo długo widzieć, a ty tak po prostu urządzasz te swoje sceny zazdrości i bezproblemowo nazywasz go idiotą - mówiła (jak na razie) spokojnym i cichym głosem. Wydawała się nie mieć ochoty i nastroju na jakiekolwiek sprzeczki, jednak ja wiedziałem, że to dopiero lekki wiatr, a za chwilę zacznie się burza z piorunami…
- Przepraszam, ale…
- Żadne „ale”, rozumiesz? - przerwała mi, a jej wzrok z sekundy na sekundę wydawał się być coraz to groźniejszy.
- Sama ostatnio nazywałaś go idiotą i jakoś ci to nie przeszkadzało!
- To były żarty, Maxi. Tylko żarty i nic poza tym. Ale wiesz… To ty jesteś idiotą. Jesteś idiotą dlatego, że jesteś zazdrosny bez powodu, o byle co. Skończyłam już z tobą tą bezsensowną rozmowę, dziękuję - prychnęła, odsuwając mnie i wychodząc z budynku.
Przez chwilę stałem w miejscu, zastanawiając się, czy warto za nią iść. Z jednej strony to może skończyć się ostrą kłótnią, której oczywiście nie chcę, ale z drugiej… Cóż, może pomyśleć sobie, że się nią nie interesuje, przez co i tak się pokłócimy… Raz kozie śmierć.
Pchnąłem szklane drzwi, prowadzące na zewnątrz i zacząłem szukać wzrokiem dziewczyny. Stała kilkanaście metrów przede mną, na przejściu dla pieszych. Podszedłem do niej i złapałem za ramię.
- Zostaw mnie, nie mam ochoty z tobą rozmawiać. - Wyrwała się, przechodząc na drugą stronę jezdni.
- Ale ja mam ochotę porozmawiać z tobą i skończyć zaczętą rozmowę. Wiesz… - urwałem na chwilę, starając się znaleźć odpowiednie słowa. - Skoro wolisz go ode mnie, to dlaczego nadal ze mną jesteś? W ogóle się mną nie interesujesz, bo na pierwszym miejscu zawsze stawiasz jego.
- Ja nie interesuję się tobą? I wolę jego od ciebie? Dobre sobie. Skończ już, okej? Odezwij się, jak będziesz mówił normalne rzeczy.
- Ale taka jest prawda, Naty! Zrozum to! Wiecznie tylko Nate to, Nate tamto. A ja? Co ze mną? Może naprawdę powinniśmy zrobić sobie przerwę od siebie…
- Okej, jeśli tego chcesz, to nie ma problemu. Ale wiedz, że jesteś zwykłym idiotą. Idiotą, Maxi… - szepnęła, patrząc na mnie. Nie potrafiłem niczego wyczytać z jej oczu. Smutku, radości, bólu, szczęścia… Niczego.


Naty

Spojrzałam na niego ostatni raz, po czym odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Skoro właśnie tego chce - dostanie to. Myślałam, że wreszcie się zmienił, wydoroślał, jest gotowy na… prawdziwy związek. Ale nie, Maxi miałby wydorośleć? Śmieszne.
Prychnęłam pod nosem, a moje serce przyśpieszyło, jakbym się czegoś bała. Bo to prawda. Bałam się. Bałam się tego, co będzie dalej. Mimo wszystko - kocham go, bardzo go kocham i jakoś nie wyobrażam sobie ani jednego dnia bez świadomości, że on jest mój, a ja jestem jego. Bałam się tego, co się stanie, gdy wejdę do domu. Ostatnią rzeczą, którą bym chciała, to wejście do mojego pokoju, zamknięcie z hukiem drzwi, rzucenie się na łóżko i płakanie w poduszkę. A następnie dwutygodniowa „kuracja” polegająca na marnowanie czasu na oglądanie komedii romantycznych i jedzeniu lodów czekoladowych w wielkim pudełku.
Po moim policzku spłynęła łza, którą natychmiast otarłam wierzchem dłoni. Nie, nie będę płakać. Będę silna i nie dam mu tej satysfakcji, że zranił mnie kilkoma głupimi zdaniami. Nie.
Jesteś zbyt piękna, by płakać.


Francesca

- Fran, nie płacz, to tylko film - szepnął Marco, przytulając mnie mocniej.
- Ale taki piękny… Oni razem umarli… To takie cudowne - powiedziałam, ponownie zalewając się łzami.
- Tsa, oczywiście.
- Jesteś okropny, jak mogło cię to nawet nie wzruszyć? To najpiękniejszy film świata. - Uśmiechnęłam się delikatnie i otuliłam swoje ramiona kocem. - Dziękuję.
- Za co? - zapytał zdezorientowany, podnosząc się z kanapy, by pozbierać resztki popcornu z podłogi i stolika.
- Za to, że przyszedłeś. I za to, że wytrzymałeś ze mną do końca filmu. Ogólnie za wszystko. - Zsunęłam nogi z kanapy i włożyłam na swoje gołe stopy różowe, puchate kapcie. Wstałam i sięgnęłam ręką po miskę leżącą na stoliku. - Pomogę ci chociaż trochę.
Zaniosłam miskę do kuchni i włożyłam ją do zlewu. Opłukałam ją ciepłą wodą, po czym włożyłam do zmywarki. Stanęłam na palcach, by wyciągnąć z szafki dwa kubki. Gdy ją otworzyłam, poczułam na swojej talii dłonie Marco.
- Pomożesz? - zapytałam, uśmiechając się słodko. Chłopak sięgnął po dwa czerwone kubki i postawił je na blacie przede mną. - Dziękuję.
- Co będziesz robić?
- Gorącą czekoladę. Tą, którą tak bardzo lubisz. Ale musisz mi pomóc, dobrze?
Zamiast odpowiedzi usłyszałam cichy pomruk, a wibracje jego głosu odbijały się po skórze na mojej szyi. Wyciągnęłam z szafek wszystkie potrzebne produkty - oraz mały garnek - i rozłożyłam je na stole w odpowiedniej kolejności. Kubki odsunęłam na bok, a garnek postawiłam na kuchence. Zapaliłam gaz i wlałam do garnka mleko i śmietanę.
- Marco… - zaczęłam, łapiąc go za rękę. - Ty nadal ją kochasz, prawda?
Nie odezwał się. Stał za mną, więc nie mogłam go zobaczyć, lecz byłam pewna, że właśnie patrzy w podłogę. Rozluźniłam uścisk swojej dłoni na jego, przez co wyrwał ją i odsunął się delikatnie ode mnie. Stanął tyłem do szafek i opadł się dłońmi o blat. Westchnął i spojrzał a mnie spod swoich długich rzęs.
- To nie do końca ta…
- A jak? - przerwałam mu w pół zdania. - Jak, jeśli nie właśnie tak?
- A ty nadal kochasz jego, więc w czym widzisz problem? Sama dobrze wiesz, że to wszystko jest okropnie skomplikowane i wcale nie takie proste. Nad tym trzeba poważnie pomyśleć.
- Myślisz już nad tym co najmniej pół roku. Jeśli nie więcej. I to o wiele więcej. Kto wie, czy nie kochałeś jej już wcześniej, co? Bo kochałeś, prawda? - Wyłączyłam gaz i odwróciłam się w jego stronę. Spiorunowałam go wzrokiem, za co od razu się skarałam. Opuściłam głowę.
- Nie, nie kochałem. Fran, może…
- A ta tapeta w twoim telefonie? Masz ją ustawioną już dobre dwa lata. Dlaczego? - zapytałam dociekliwie.
- Była wtedy moją przyjaciółką, miałem prawo, tak? - Przytaknęłam skinieniem głowy, przez chwilę milcząc.
- Co nie zmienia faktu, że teraz podobno jej nie kochasz i, z tego co wiem, jestem twoją dziewczyną, a ty jej nadal nie zmieniłeś.
- Ugh, Fran, będziesz się czepiała głupiej tapety? To nic nie znaczy, daj spokój. - Wyciągnął telefon z kieszeni, pokazując mi jego wyświetlacz po kilkunastu sekundach. - Już, zmienione, zadowolona?
- A żebyś wiedział, że tak. I to bardzo. Co nie zmienia faktu, że nadal ją kochasz, prawda? Wcale jej nie nienawidzisz. Wręcz przeciwnie. Prawda? - warknęłam, podniesionym tonem.
- A nawet jeśli tak, to co z tego? A Leon? Nie kochasz go już? Bo coś nie wierzę - mruknął niezrozumiale. Odwróciłam się do niego plecami i westchnęłam. Wiedział, co powiedzieć, bym się zamknęła i w jakimś stopniu uspokoiła. Wiedział jaki temat zacząć, w który z czułych punktów trafić.
- Przepraszam… Eh, wiem jak jest, a niepotrzebnie się czepiam… Przepraszam - szepnęłam, zbierając się na odwagę, by spojrzeć mu w oczy. Po kilku sekundach to zrobiłam, lecz wcale nie widziałam w nich gniewu czy smutku. Podszedł bliżej i przytulił mnie.
- Wybaczam. Zauważyłem, że dziś nie masz humoru i jesteś jakaś rozdrażniona. Poza tym… masz prawo się na mnie o to złościć - wyszeptał w moje włosy i pocałował mnie delikatnie w czoło.
Uśmiechnęłam się i wtuliłam w jego klatkę piersiową. Otulił mnie mocniej ramionami, a ja mogłam poczuć ciepło bijące od niego.
- To… Nadal chcesz tą czekoladę? - zapytałam niepewnie. Atmosfera nieco się rozluźniła.
- Tak, oczywiście, że tak. - Uśmiechnął się, a ja odsunęłam się od niego i wróciłam do przygotowywania napoju.










Tak, tak, wiem. Rozdział miał być prawie trzy tygodnie temu, ale nastąpiła maleńka zmiana planów. Siostra niespodziewanie przyjechała, a widzę ją naprawdę rzadko, więc chciałam spędzić z nią jak najwięcej czasu, a w dodatku laptop był w naprawie ;/ 
No ale wróciłam z cudnym rozdziałem (pomińmy to, że rozwaliłam Naxi i pokłóciłam Marcescę). Obiecuję poprawę, naprawdę ;)
Do kolejnego rozdziału, skarby! x

środa, 16 lipca 2014

31. ~ Sami, wolni, szczęśliwi.

Rozdział dedykowany Ari i Cookie 

Violetta

- Viola… Trzeba już wstawać. - Obudził mnie cichy i niewyraźny głos Leona, a po chwili poczułam, że całuje mnie delikatnie w nos.
Uśmiechnęłam się i otworzyłam lekko oczy. Stał nade mną z małą, drewnianą tacą w rękach. Leżał na niej talerz z trzema naleśnikami, a obok stała szklanka soku pomarańczowego. Postawił ją na szafce nocnej i usiadł obok mnie.
- Jeszcze pięć minut, proszę… - mruknęłam zaspanym głosem i schowałam się pod kołdrę.
- Violu, przykro mi, ale nie. Wstawaj, późno już.
- Która godzina?
Niechętnie odsunęłam od siebie kołdrę i przetarłam dłonią zmęczone oczy. Spojrzałam na Leona i ponownie się uśmiechnęłam. Nie miałam ochoty na nic, chciałam zostać w łóżku i przespać cały dzień, lecz jednak nie mogłam. O piętnastej mamy samolot do Buenos Aires. Podniosłam się z łóżka do pozycji siedzącej, a po chwili z powrotem na nie opadłam.
- Coś koło jedenastej, także masz trzy godziny na ogarnięcie się, zjedzenie śniadania i spakowanie. No już, szybciutko. - Wstał z łóżka i poszedł do kuchni.
Leniwie zwlokłam się z łóżka i ruszyłam w kierunku łazienki. Weszłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi na klucz. Spojrzałam w lustro. „Nie ma tragedii… Ale dobrze też nie jest” - pomyślałam i ściągnęłam z siebie bluzkę i spodnie od piżamy. Weszłam pod prysznic i odkręciłam kurek. Wzdrygnęłam się i pisnęłam cicho. Zimna. Po kilku sekundach strumień wody zaczął się ocieplać. Wzięłam do ręki żel pod prysznic i umyłam się szybko. Otworzyłam drzwi kabiny i wyszłam, zabierając z szafki ręcznik, którym szybko się owinęłam. Kolejny raz podeszłam do lustra. Starałam się nie zmoczyć włosów i udało mi się. Rozczesałam je i związałam w kucyk. Umyłam twarz i zęby, po czym zrobiłam sobie delikatny makijaż i uśmiechnęłam się do swojego odbicia w lustrze.
Odwróciłam się i uświadomiłam sobie, że nie wzięłam ze sobą żadnych ubrań. Nawet bielizny… Żeby wejść do pokoju muszę przejść obok kuchni, w której jest Leon, a ja… Ja jestem w samym ręczniku. Brawo, Violetta, zasługujesz na nobla.
Westchnęłam, poprawiłam ręcznik i przytrzymałam go ręką. Otworzyłam powoli drzwi i pobiegłam do pokoju. Wzięłam do ręki naszykowane wczorajszego dnia ubrania i szybko wróciłam do łazienki. Przy samych drzwiach wpadłam na Leona.
- Powoli, bo się wywrócisz i coś sobie zrobisz. - Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Zgromiłam go wzrokiem.
- Tak bardzo nie chciałam teraz na ciebie wpaść… Przepuścisz mnie?
- A magiczne słowo? - Uniósł brew i oparł się o drzwi.
- Proszę. - Patrzę na niego, robiąc słodką minkę.
- Tym magicznym słowem miało być „skarbie”, ale okej. - Odsunął się od drzwi i przepuścił mnie. - Proszę bardzo.
- A dlaczego miałabym na ciebie mówić „skarbie”, co? - Zaśmiałam się i weszłam do łazienki, z hukiem zamykając drzwi.
- Do tej pory tak mówiłaś - powiedział na tyle głośno, bym mogła go usłyszeć.
- Nie powiedziałam tak ani razu. Nie przypominam sobie.
- W nocy, przez sen, powiedziałaś tak co najmniej pięć razy. I kilka innych ciekawych rzeczy, ale to nie jest teraz ważne. - W jego głosie słyszę, że na jego twarz wpełza szeroki uśmiech. Rumienię się mocno.
- Ja?… Em, co jeszcze mówiłam? - zapytałam niepewnie.
- Nieważne. Coś. Może kiedyś się dowiesz. Viola, ale szybko, okej? Musisz jeszcze zjeść śniadanie i się spakować, a mamy coraz mniej czasu. - Po krótkiej chwili usłyszałam, że odszedł od drzwi.
Zsunęłam z siebie ręcznik i położyłam go na szafce. Ubrałam szybko bieliznę, a na nią turkusową, koronkową sukienkę. Spojrzałam ostatni raz w lustro. „Nawet znośnie” - szepnęłam do siebie i wyszłam z łazienki.
Weszłam do pokoju i ubrałam stojące przy drzwiach wejściowych beżowe botki na koturnie. Podeszłam do łóżka i usiadłam na nim. Zabrałam się za jedzenie śniadania. Po kilkunastu minutach weszłam z tacą do kuchni. Umyłam talerz i szklankę, po czym schowałam razem z tacą do szafki.
- Smakowało? - zapytał Leon, uśmiechając się do mnie.
- Bardzo. - Podeszłam do niego i pocałowałam go w policzek. Oczywiście po przyjacielsku… Chyba.
- Spakowana?
- Nie… - Zaśmiałam się i wróciłam do pokoju.


Godzinę później, lotnisko

Leon

Spojrzałem na Violettę siedzącą obok mnie na metalowej ławce. Uśmiechała się i wyglądała na zamyśloną. Uśmiechnąłem się lekko, przyciągając tym jej uwagę na siebie. Zarumieniła się i odwróciła wzrok.
- Leon, mogę cię o coś zapytać? - szepnęła niepewnie, jakby bała się mojej odpowiedzi. Kiwnąłem głową. - Co ty, do cholery, robiłeś rano w moim pokoju? - Zachichotała, machając nogami nad podłogą.
- Nie pamiętasz? Słabą masz głowę, nie pij tyle. - Zaśmiałem się, na co ona klepnęła mnie w ramię. - Przyszedłem do ciebie wczoraj wieczorem, przytuliłaś się do mnie i zasnęłaś, więc nie miałem zbytnio wyboru i zostałem.
- Ach, no tak… A właśnie, jeszcze coś. Bardzo wczoraj płakałam?
- Troszeczkę. Ale już lepiej, hm?
Przytuliła się do mnie mocno.
- Troszeczkę… A najdziwniejsze jest to, że ja naprawdę nic nie pamiętam… Jak za mgłą.
- Nic a nic? - Uśmiech w błyskawicznym tempie zniknął z mojej twarzy.
- W sumie kilka rzeczy pamiętam, na przykład to, co powiedziałeś… O to się nie martw, spokojnie.
Zamilknąłem na kilka minut. To… dobrze, że pamięta, tak? Chyba. Zależy co o tym myśli. I czy nadal mnie kocha. Tak, jak kiedyś… Chciałbym. Bardzo. Ale przecież nie można mieć wszystkiego. A na nagrody trzeba sobie zasłużyć. Ona jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało i ponowne zostanie jej chłopakiem byłoby dla mnie w pewnym sensie nagrodą. Na którą zdecydowanie nie zasłużyłem… Nie po tym wszystkim.
Zerknęła na mnie spod swoich długich, pięknych rzęs i uśmiechnęła się delikatnie. Na jej policzkach pojawiły się duże rumieńce. Złapała mnie za rękę, lecz po niedługiej chwili ją puściła.
- Mam jeszcze jedno pytanie… - powiedziała cicho, patrząc na swoje buty, czym próbowała uniknąć mojego wzroku. - My… Co z nami? Jesteśmy razem? Bo wczoraj… - Głos jej się nieco trząsł. Przytuliłem ją mocniej do siebie.
- A chciałabyś?
- Bardzo. - Uniosła głowę, patrząc na mnie wyczekującym wzrokiem.
- W takim razie tak. Skoro chcesz, to tak.
Uśmiechnęła się szeroko i znowu złapała mnie za rękę. Splotła nasze palce razem i oparła głowę na moim ramieniu. Pocałowałem jej czoło i również się uśmiechnąłem.
- Viola…?
- Tak?
- Kocham cię. 


Ludmiła

Stałam tuż przed nim, ale nie potrafiłam na niego spojrzeć. Wbiłam wzrok w drewnianą podłogę, zastanawiając się, co zrobi. Wiedziałam do czego jest zdolny. Poczułam, że Federico mocniej ściska moją dłoń. Zadziałało to na mnie kojąco i uspokajająco, lecz mimo wszystko moje serce nadal biło jak oszalałe. Uniosłam głowę i odważyłam się spojrzeć w oczy mojego ojca. Nie widziałam w nich nic dobrego, wręcz przeciwnie…
- Odejdź od mojej córki i wyjdź z mojego domu - powiedział, patrząc rozzłoszczonymi oczami na Federico.
Właśnie tego bałam się najbardziej na świecie i to od dawna - konfrontacji mojego ojca z Federico. To nie mogło skończyć się inaczej niż po prostu źle.
Zaczęły trząść mi się dłonie, przez co Federico mocno objął mnie ramionami. Byłam mu wdzięczna za to, że jeszcze nie uciekł i wspierał mnie.
- Jeszcze w życiu nie widziałem tak brudnej kuchni… Jak tak można… - Co chwilę słyszałam, jak mamrotał coś pod nosem, po czym przenosił wzrok na mnie i Fede, i dosłownie nas nim zabijał.
Odwróciłam wzrok i opuściłam głowę. Bałam się. Okropnie się bałam tego, co się stanie, co zrobi. Co ja zrobię.
- Jeżeli natychmiast stąd nie wyjdziesz, to nie będzie wesoło. Ostatni raz powtarzam, żebyś wyszedł z mojego domu! - krzyknął do chłopaka, a ja otworzyłam usta, by coś powiedzieć.
Myślałam przez kilka sekund, co byłoby najbardziej odpowiednie.
- Tato, uspokój się… Federico nic nie zrobił, to nie jego wina. Odpuść, zawsze robisz to samo. Nic takiego się nie stało, za chwilę posprzątamy - powiedziałam cichym głosem.
- Nie z tobą rozmawiam, zamknij się - warknął, a w moich oczach momentalnie pojawiły się łzy.
- Nienawidzę cię, wiesz? Zawsze jest tak samo, zawsze jesteś tak samo okropny! Od kiedy mama umarła stałeś się… Potworem.  Dosłownie…
Przez chwilę patrzyłam na niego niepewnie. Chyba powiedziałam trochę za dużo… Po niecałej sekundzie poczułam pieczenie na moim rozgrzanym policzku. Dotknęłam go dłonią, a w oczach pojawiły się łzy, które uniemożliwiły mi widzenie tego, co się dzieje. Usłyszałam jedynie głośne trzaśnięcie drzwiami.
- Lu, skarbie… - szepnął Federico, przyciągając mnie do siebie i przytulając mocno. Wybuchnęłam głośnym płaczem, przy okazji mocząc mu koszulkę łzami. - Nie płacz, proszę cię. Boli mnie serce, gdy widzę, jak płaczesz. - Otwarł kciukami łzy z moich policzków i ponownie mnie przytulił. - Bardzo boli?
- Troszeczkę… - szepnęłam, ledwo słyszalnym głosem.
Zauważyłam, że otwiera lodówkę i wyjmuje woreczek z lodem z zamrażalnika. Podał mi go do ręki, a ja natychmiast przyłożyłam zimny lód do policzka. Wzdrygnęłam się lekko, a po chwili poczułam ulgę.


Federico

- Zabić go, to mało. Jak mógł cię uderzyć? Własną córkę… To chore - szepnąłem, patrząc na Ludmiłę z troską w oczach. Jej policzek był nieco zaczerwieniony, a oczy spuchnięte i mokre od płaczu.
Przytuliłem ją mocno do siebie, całując ją we włosy. Chciałbym zabrać ją od tych wszystkich problemów, gdzieś daleko stąd. Gdzieś, gdzie będziemy sami, wolni, szczęśliwi. Tylko ja i ona. Ale na to musimy jeszcze niestety trochę poczekać.
- Nienawidzę go z całego serca - powiedziałem, gładząc jej plecy.
- Ja też, Fede. Ja też.
- Mam pomysł. Samej cię tutaj nie zostawię, więc zostaniesz u mnie na kilka dni, a ja pomyślę, co dalej. Daj mi ten lód i idź spakować najpotrzebniejsze rzeczy. - Zabrałem woreczek lodu z jej ręki i schowałem go z powrotem do zamrażalnika.
- Federico, ale mój oj…
- On mnie nie interesuje. Idź się spakować, albo ja to zrobię. No już, szybciutko! - ponagliłem ją, machając ręką w stronę drzwi kuchni.
Dziewczyna posłusznie poszła do swojego pokoju, uśmiechając się delikatnie. Kiedy ona się pakowała, ja zdążyłem doprowadzić kuchnię do stanu używalnego. Gdy Ludmiła weszła do kuchni, otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
- Nie spodziewałaś się, że twój chłopak tak ładnie sprząta? - Zaśmiałem się, biorąc torbę z jej rąk. Ona tylko pokiwała głową i uśmiechnęła się.
- Dziękuję.
- Za co? Jeśli chodzi to o to, że zabieram cię do siebie, to naprawdę nic takiego, nie musisz mi dziękować. Po prostu się o ciebie martwię, nie chcę, by coś ci zrobił. - Położyłem dłoń na jej policzku, uśmiechnąłem się ciepło i złożyłem delikatny pocałunek na jej miękkich ustach.
- Nie za to. Chociaż też. Ale ogólnie za wszystko. Za to, że jesteś, że mnie kochasz… Dziękuję.
Kolejny raz tego dnia uśmiechnąłem się do niej i złapałem jej dłoń. Złączyłem nasze palce, po czym wyszliśmy z jej domu.
Sami, wolni, szczęśliwi. Tylko ja i ona.










Mówiłam, że dodam i słowa dotrzymałam ;) 
Także witam Leonettą i Fedemilą, a co dziwniejsze ten rozdział jest jednym z niewielu, który nawet mi się podoba. I jestem z niego bardzo zadowolona. 
Z góry przepraszam wszystkich, którzy musieli czekać aż trzy tygodnie na rozstrzygnięcie wątku z Fedemiłą, ale mam nadzieję, że taki fragment was satysfakcjonuje. 
Kolejny rozdział - jak już wspominałam - powinien pojawić się pod koniec tygodnia. Niestety dokładnej daty nie podam, nie wiem, jak to wyjdzie.

Widzimy się przy kolejnym rozdziale, ciao xx